Wrzesień 01 2011

Łowcy Skórek

Taggi : , , , ,

Łowcy Skórek

Łowcy SkórekŁowcy skórek”

Łowcy Skórek

Wydarzenie miało miejsce 19 sierpnia 2011.

Pani H. poczuła się źle. Do tego stopnia, że przerażony mąż poprosił ochroniarzy  domu o wezwanie pogotowia. Państwo N. mieszkają w Warszawie  i są obywatelami Wietnamu. Nie mówią  dobrze po polsku. Pan H. przebywa w Polsce legalnie od kilkunastu lat. Pracuje w firmie odzieżowej. Oboje płacą podatki i wysokie składki ubezpieczeniowe, które pozwalają im na korzystanie z publicznej opieki zdrowotnej.

Pogotowie przyjechało, można powiedzieć w normalnym czasie. Uprzejmy ratownik zapytał  pana H. czy mówi po polsku. I do tej pory wszelkie znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały mającego nastąpić „drobnego zgrzytu” w wydawałoby się profesjonalnym działaniu pogotowia.

Ogłupiały całą sytuacją pan H. wydukał po polsku, że tłumacz pojawi się w szpitalu.
No tak,… odpowiedział ratownik, ale usługa transportu pacjentki kosztuje 250 zł.  i ta płatność jest poza ubezpieczeniem.

Pan H. patrząc na cierpiącą żonę, a za chwilę na dwóch mężczyzn w czerwonych kubraczkach wpatrujących się w jego portfel, nie wahał się ani chwili. Cała kwota trafiła w ręce ratownika. Nie trudno się domyśleć, że pokwitowania pan H. nie otrzymał.
Pogotowie zabrało pacjentkę do Szpitala Wolskiego. Pan H. pojechał do szpitala własnym samochodem. W szpitalu czekała na niego tłumaczka. Od niej dowiedział się, że ratownik nie miał prawa wziąć 250 zł za usługę  transportu. Potwierdziły to pielęgniarki i lekarz dyżurny Szpitala Wolskiego. Po tym jak stan żony ustabilizował się,  emocje ustąpiły, panu H. wrócił rozum w analitycznej postaci.

Indagowane na tę okoliczność pielęgniarki nie wiedziały, której załogi pogotowia może dotyczyć zdarzenie. Lekarz dyżurny stwierdził, że „oni” są z Meditransu, ale nikt mu w tej kwestii nie pomoże. Jedyne co może zrobić lekarz dyżurny to wydanie ksera kopii karty wezwania, a sprawę rozwiązać należy we własnym zakresie. Nic nie poradzi na to, że w służbie zdrowia pracują źli ludzie.

Zrezygnowany pan H. spoczął przy szpitalnym łóżku swojej żony. Łóżko pani H. stało na  korytarzu. Pan H. kątem oka dostrzegł przemykającą czerwona postać, która wydała  mu się dziwnie znajoma.
Rozpoznał ratownika, który wziął od niego pieniądze i zażądał natychmiast ich zwrotu. Ratownik odprowadził pana H. na stronę i obiecał zaraz wrócić z pieniędzmi. W ustronnym miejscu pod szpitalnym drzewem przedstawiciel służby zdrowia zwrócił panu H. 250 zł.
Jaki z tego morał?…..nie ma morału. Jeszcze kilka lat temu, jeśli ktoś miał naprawdę pecha pośród załóg pogotowia można było trafić na tzw.  „Łowców skór”, ale jak nazwać tych  z Meditransu?  „Łowcy skórek”?

autor: Fik

Maj 25 2011

„Lepkie wyczyny, częstochowskiej pajęczyny”

Taggi : , , , , , , ,

„Lepkie wyczyny, częstochowskiej pajęczyny”

Układ Częstochowski Towarzysze trzymają sie razem

Układ Częstochowski Towarzysze trzymają sie razem

W częstochowskim wydaniu Gazety Wyborczej z dnia 24. maja 2011 r. ukazał się artykuł red. Marka Mamonia o „perypetiach” pana Marcina Stefańskiego, który na swoje nieszczęście, zapragnął zostać młodym, przebojowym przedsiębiorcą w „postokolonialnym” kraju. Co ciekawe, autor artykułu, używa nie tak jak ja, słowa „perypetie” bez cudzysłowiu, i to już w pierwszym zdaniu, sugerując inteligentnej częsci swych odbiorców (którzy wiedzą że słowo to ma tylko jedno znaczenie słownikowe, odnoszące się do zabiegu artystycznego w literaturze), że będzie pisał o jakichś nierzeczywistych zdarzeniach, a tym mniej rozgarniętym odbiorcom (którym perypetie kojarzą się z zabawnymi, wręcz komediowymi zdarzeniami), że należy na całą historyjkę patrzeć z przymrużeniem oka. Czyż nie mistrzowski zabieg manipulacji? Oto wierny naśladowca „kultowego” Naczelnego.

Co w całej historii zobaczą „Jaśnie Oświecieni” obywatele „Najciemniejszej”, to nawet nie trzeba zgadywać, bo już można poczytać pierwsze komentarze. Mówiąc krótko – głupek, co się zadłużył, sam jest sobie winien, niech teraz zgrzyta zębami. Szkoda, że się nie da wymowniej zaakcentować tej kropki, która padła po poprzednim zdaniu. Pan red. Mamoń, trochę naiwnie (widać daleko mu jeszcze do Naczelnych), mimo że cały artykuł pisze w tonie podobnym do komentatorów (no bo przecież skąd komentatorzy by to wymyślili, jakby im Gazeta nie powiedziała, co mają myśleć, to by nie wiedzieli), to jednak opisuje tło, aż nadto szczegółowo, ba! nawet w tle przewija się mafia paliwowa (hm, a ciekawe która to gazeta ciągle usilnie nam wmawia że nie ma mafii węglowej, paliwowej, hazardowej, nie ma układów, nie ma „byłych”, etc.).

Rozpoczynają swoją walke z częstochowskim układem

Rozpoczynają swoją walke z częstochowskim układem

Czytam komentarze, i co? Winny! Winny! Winny! (chciałoby się dodać jeszcze: „Crucifige Eum!”), i tyle refleksji Ludu (mój ludu…). Prawie żadnych komentrarzy o drugiej stronie konfliktu, czyli częstochowskich lichwiarzach, wobec których, co nawet red. Mamoń napisał, toczy się postępowanie śledcze ABW. Od lat. Bez skutku…

Może to znak, iż są to takie święte persony („Anioły Biznesu”, jak to mawiają na Zachodzie, i coraz częściej w Polsce), co z dobroci serca chcą pomagać młodym przedsiębiorczym, ale nie zamożnym… a może po prostu są to „święte krowy” co mają dobrze postawionych „aniołów stróżów” niekoniecznie z aureolami? Cóż, ostatnimi czasy aż nazbyt dobrze poznaliśmy skuteczność i energiczność naszych aniołów bezpieczeństwia „wnutriennnego”, więc ja skromny ciemnogrodzianin, piszący te słowa, powstrzymam się od ferowania „wyroków”, Państwo sami oceńcie (tylko błagam – sami, a nie pod wpływem… ni moim, ni wódki, ni „gie” wyborczego, sami oceńcie).

A że człek co pozaciągał długi, których nie może spłacić, jest głupi? W pewnym sesnie mogę się z tym zgodzić, nawet tym samym przyznając, żem sam głupi, ino na znacznie mniejszą skalę, no i nie na lichwiarski procent. Ale też żeby w pracę zainwestować, na poczet przyszłych zysków. Gdzie popełniłem błąd? Uwierzyłem we wskaźniki… Nawet nie w Zieloną Wyspę, to od początku była zdrowa przesada, ale w to że jednak jest rozwój, że idziemy do przodu. Rząd, media, ba! uczelnie, szkoły, wszędzie się sączy przekaz, jak to warto inwestować, rozwijać się, zakładać firmy, co to nie wymyślą, żeby zachęcić! Najpierw socjały wymyśliły, że za posiadanie firmy trzeba płacić do budżetu państwa comiesięczny haracz, ale to wielu odstraszało, to na haczyk założyli tłustego robaka w postaci okresu zwolnionego, potem obniżonego tegoż haraczu. Skutek? Widać chociażby na mojej ulicy, Państwo też na pewno zaobserwowali, jeśli przez dłuższy okres mieszkaliście w jednym miejscu.

Wysyp „dwuletnich” biznesów. Bo chyba własnie na dwa lata było to zwolnienie z opłat na ZUS za prowadzenie działalności gospodarczej. Ludzie powymyślali ciekawe miejsca, zapełnili stojące od lat puste lokale (które co warto dodać na mojej ulicy są bardzo tanie, a i tak przeciętnych ludzi nie stać było na zakładanie firm), jak wiadomo rzadko kto wymyśli aż tak super pomysł, żeby zarabiać krocie od pierwszego dnia, więc jakoś wiązali koniec z końcem przez te dwa lata, a potem na kolejnych witrynach – informacja, że lokal do wynajęcia… Co ciekawe, propaganda sukcesu jest tak skuteczna, że wkrótce znowu były wynajmowane – remonty – nowa działalność – dwa lata – do wynajęcia…

Ileż ludzi może przeczytać moje słowa? Nie łudzę się – nie wielu. Ilu ludzie w Polsce pokazuję tę Ciemną Stronę naszej gospodarki, naszych młodych przebojowych przedsiębiorców, naszych pułapek biurokratycznych, karteli finansowych, układów prawniczych… nie łódźmy się – niewielu. Więc takich „głupców” wciąż będziemy widzieć. Takich, którzy mieli to nieszczęście, że uwierzyli rządowi, albo nauczycielowi w szkole, czytającemu tabelki GUSowskie, albo co gorsza wskaźniki unijne. Szczególnie mi utkwił w pamięci jeden zjadliwi komentarz pod artykułem red. Mamonia. Czytelnik napisał, iż najpierw trzeba było skończyć podstawówkę, a potem brać się za interesy. Pomijam oczywistą pustosłowność takiego komentarza, człowieka, który nic nie wie na temat wykształcenia Pana Stefańskiego.

Pomijam również, oczywisty kretynizm oskarażania kogokowliek o nie skończenie podstawówki, w kraju w którym mamy, skądinąd mym zdaniem głupi, ustawowy obowiązek szkolny. To co jest tragiczne w tej wypowiedzi to fakt, wiary w to że polskie szkolnictwo przygotowuje młodych ludzi do robienia karier w biznesie. Ja wręcz ośmielę się przeciwną tezę postawić, iż pechem Pana Stefańskiego i tysięcy z góry przegranych polskich raczkujących przedsiębiorców jest fakt, że zmuszono ich do ukończenia i podstawówki, i inszych etapów edukacji, w których od początku do końca cel przewodni to „ułożyć”, „wytresować”, niezbyt kreatywnych, posłusznych trutni, a jak już się trafią niepokorni, w których się dostrzeże dużo energii, to tych trzeba przekonać że mogą być „młodymi bogami”, że żyją we wspaniałym kraju (vivat Wałęsa, vivat Michnik, vivat Jaruzelski), w którym jest kapitalizm (sic!), i wystarczy dobry pomysł by odnieść sukces. I „młodzi gniewni”, którzy w to uwierzą, pójdę w „bizensy”, przestaną być „gniewnymi” (ergo przestaną zagrażać systemowi – efekt osiągnięty), marny promil z nich, coś rzeczywiście osiągnie (dzięki ostrej determinacji, pracy jak na dwóch etatach, i najczęsciej wymownej pomocy finansowej i roboczej połowy rodziny) – i ci nawet nie mają czasu zagrażać w czymkolwiek systemowi (efekt osiągnięty), a cała reszta w najlepszym razie ma szansę przeżyć „dwa lata” z nadzieją że „wktrótce interes się rozkręci…” potem plajta (nie spektakularna, nie w mediach, nikt o nich nie usłyszy, po prostu na kolejnej witrynie pojawi się napis „do wynajęcia” – efekt osiągnięty), w najlepszym razie poddadzą się, pójdą zakuć się w kajdany etatów, na jakichś marnych, groszowych posadach (i już z posad świata nie ruszą, o czy za młodu marzyli; efekt jw.), albo na bezrobocie.

W najgorszym? Będą walczyć o swoją wizję, z urzędami (kondolencje) lub z pomocą szemranych przyjaciół (kondolencje). Porównanie do pajęczyny jest tu moim zdaniem bardzo zasadne. Im bardziej walczy, tym mocniej się przykleja, i coraz mniejsza szansa na wyplątanie się. Trochę w tym czarnowidztwa, a jednak widzę sens by o tym głośno mówić i pisać. Czy uda się zerwać sieć, i uwolnić tych co w nią wpadli? Może… ale ważniejsze jest to by przestrzec, tych co dopiero chcą wejsć na rynek. Żeby było inaczej, musiałby się zmienić cały system (z postkolonialnego socjo-liberalizmu, na prawdziwie wolny rynek, przynajmniej taki wedle klasycznego libaralizmu, a najlepiej libertarianizmu i Austriackiej Szkoły Ekonomii, ale to już moja skromna opinia).

Bezbornne muchy złapane w sieć częstochowskich pająków, zaczynają podnosić głos. Zaczynają rozumieć działanie pajęczyny. Samotna szamotanina nic nie da. Ale można jeszcze ostrzec innych. Może nawet jest nadzieja, że z pomocą innych się z niej uwolnią. Wszak człek, nieco inteligentniajszą formą życia się sobie jawi od muchy. Rozumiemy to, że ród muszy nie ma wyobraźni, więc nigdy nie wpadnie na to, że gdyby odpowiedno duży rój wleciał naraz z rozpędu w sieć, to ją zwyczajnie zerwie. Na razie częstochowskie pająki słyszą tylko ciche bzyczenie. Ale jeśli będą przyłączać się kolejne głosy pokrzywdzonych, a do nich głosy poparcia, także z innych miast, bo nie jedna Częstochowa utraciła blask bijący od swego Wzgórza na rzecz jakości życia społecznego, które poecie może się skoajrzyć tylko z jakością częstochowskich rymów…

Matrix Reaktywacja
Walka rozpoczęta

Nigdy więcej Linczu akcja fundacji FECWIS

Kwiecień 03 2011

Nagrodzeni, wyj(…), zniesmaczeni…

Taggi : , , , ,

pap

Teforoczne Word Press Foto. Jedna z nagród trafia do Filipa Ćwika. Fajnie, gratulacje.
A potem  dosyć przykra sytuacja, której zwieńczeniem była żenująca awantura, jaka odbyła się na stronach poświęconych zawodowej fotografii prasowej.
Po upublicznieniu tej korespodencji rozpętała się burza. Niektóre osoby w PAP poczuły się dotknięte tym, że w mailu adresowanym nie do nich, ale który przypadkowo wpadł do ich skrzynek, było słowo “jebać”.
Zdarza się.
Cóz, uraza była tak silna, że stanowiła asumpt do publicznego wyprania brudów. Klasyka.

Na stronach Klubu Fotografii Prasowej SDP powstał spory dym, po czym do kogoś dotarło, że jak się rzuca gównem, to można pobrudzić ręce, i sprawa została z netu usunięta.
Pozornie, bo przez jakiś czas są kopie google.
Dlatego warto zarchiwizować ten materiał, by świadczył o tym, że  warto  trzymać klasę.

No to jedziemy. Będzie trochę mięsa.

Ślad zadymy mamy na stronie http://fotoreporterzy.net/tekst/2011/02/16/ile-wlezie/
Jest tam krótki opis sytuacji i odnośnik do całej zadymy opisanej na stronie Klubu Fotografii Prasowej SDP. Po ocenzurowaniu materiału odnośnik prowadzi donikąd (jesteśmy kulturalni i nie napiszemy “w pizdu”).

Całość jest jednak jeszcze do odgrzania przez kopie google.
W blogu Klubu Fotografii Prasowej SDP po ocenzurowaniu zadymy userzy pisali:

“Żenada na całej linii! Szkoda angażować się tutaj w jakąkolwiek dyskusję.. bo zawsze jak coś nie po myśli cenzora to DELETE!”

“Gdzieś zapodziały się dwa arcy ważne “felietony” poprzedzające Pana wpis.Najzwyczajniej zniknęły!!!Chodzi o akcję Pana Wojciecha Marka D. ujawniacza i komentatora cudzej korespondencji.Czyżby powstało coś takiego jak przejrzenie na oczy i lekkie zawstydzenie?Na pewno widzę brak odwagi cywilnej “wielkiego demaskatora”.Innym zarzucał nie odpowiednie przeprosiny, a sam myśli,że wszystko można załatwić klawiszem delete!Cóż niektórzy to mają naprawdę klasę!”

tu link
http://www.klubfotografiiprasowej.pl/blog/48

A teraz zobaczmy sobie co Klub Fotografii Prasowej SDP opublikował wraz ze swoimi komentarzami. Warto, zwłaszcza w kontekście tego, że poruszył wiele osób (patrz poniższe komenty, a potem bez słowa wyjaśnienia całość usunął. Małe żenua.
Komenetarze są ciekawe ze względu na to, że pokazują obyczaje panujące w środowisku.

Poniżej jest wyłącznie wpis z blogu KFP SDP a pod nim komentarze userów.

7 słow a tyle chamstwa
Za zgodą  Redakcji Fotograficznej PAP postanowiłem upublicznić korespondencje mailową między dwoma znanymi fotografami agencji NAPO i RF Polskiej Agencji Prasowej. Robię to gwoli uświadomienia kolegom jak łatwo z bezmyślności i nonszalancji ( z domieszką chamstwa) ferować niesprawiedliwe sądy samemu narażając swoją reputację. Sprawą postanowiliśmy się zająć mimo, że jest z pozoru błacha.  Poruszyła  jednak sporą część ludzi w nią zaangażowanych i jest dość typowym przykładem braku kultury naszego środowiska. Wulgarna korespondencja między dwoma czołowymi fotografami charakteryzująca w chamski sposób stosunek do PAP trafiła do mailowych skrzynek wszystkich pracowników Redakcji  Fotograficznej tej agencji. Oczywiście były potem przeprosiny, ale odnosiły się głównie do pomyłki adresata nie zaś do zawartości maila.
Cała sprawa zaczęła się od maila wysłanego przez Piotra Małeckiego do Redakcji Fotograficznej PAP:
Witam,
Zdjęcie Filipa Ćwika mojego autorstwa jest rozsyłanie dziś przez Państwa z podpisem Fot: PAP
http://www.newsweek.pl/artykuly/zdjecie/zoom/filip-cwik-ma-world-press-photo–%E2%80%9Esmolensk-i-jednosc-w-zalobie%E2%80%9D,71750
Proszę o natychmiastowe wytłumaczenie tego nadużycia. Zdjęcie należy do mnie i do agencji Napo Images.
Piotr Małecki
——————————————————————————————-
Potem była obustronna korespondencja , której finałem był satysfakcjonujący autora list :
——————————————————————————————-
Już wiem. Nasz kierownik, Maciek Chmiel kontaktował się z Ewą Meissner i ona przysłała oba zdjęcia mailem (portret i jedno z narodzonych zdjęć) do jednorazowej publikacji.
O szóstej u nas wszyscy śpią J
Pozdrawiam
Anna Krupa-Gołaszewska
Redaktor-Fotoedytor
Codzienny Serwis Fotograficzny PAP
+48 22 509 23 83
——————————————————————————————
A w międzyczasie na adres ogólny Redakcji Fotograficznej PAP dotarł mail tegorocznego laureata World Press Photo Filipa Ćwika  adresowany do Piotra Małeckiego:
——————————————————————————————
brawo Piter
jebac ich ile wlezie
scisk
F
_______________________________________________________
7 słow a ile treści. Trudno się dziwić, że sporo osób poczuło się urażonych. W ich imieniu list do laureata napisała Redaktor Naczelna Redakcji Fotograficznej PAP Anna Brzezińska Skarżyńska:
———————————————————————————————
Szanowny Laureacie, Szanowny Piotrze,
Przede wszystkim: gratulacje. A ponadto: przepraszam w imieniu Pap za opublikowanie zdjecia laureata
Filipa Cwika autorstwa Piotra Maleckiego. Redakcja fotograficzna Pap dochowujac starannosci w przestrzeganiu
prawa autorskiego miala przyjemnosc poinformowac wszystkich swoich klientow o wygranej pana Cwika
w World Press Photo, a chcac promowac Jego osobe i Jego fotografie, za zgoda Napo Images, udostepnila
zdjecie przedstawiajce laureata.
Pragne uswiadomic Panom, ze adres foto@pap.pl jest adresem, z ktorego korzystaja wszyscy pracownicy
PapFoto, wszyscy widza korespondencje. Inwektywy dotarly wiec do wszystkich. Jestem wstrzasnieta i oburzona,
jest mi niezmiernie przykro osobiscie i jako szefowej Redakcji Fotograficznej Pap. Obraziliscie mnie i wszystkich
pracownikow PapFoto, ktorzy byli dumni z kolegi fotografa, laureta prestizowego konkursu.
Panowie! Co za forma! Co za styl! I to przy takiej okazji… Wielki wstyd!


Anna Brzezińska-Skarżyńska

———————————————————————————————————-

Odpowiedź wydaje się mało satysfakcjonująca bo odnosi się wyłącznie do pomyłki przy adresowaniu maila nie zaś do chamskich słów w nim zawartych.
———————————————————————————————————–
Szanowna Pani,
jest mi bardzo przykro ze tak się stało. Korespondencja nie była bynajmniej skierowana do Pani ani do nikogo z PapFoto. Niegrzeczne słowa nie dotyczyły zaistniałej sytuacji, były wynikiem prywatnej, korespondencji. Niestety ostatnio spotykamy się z bardzo licznymi przypadkami kradzieży naszych zdjęć. Moja bardzo emocjonalna reakcja była wynikiem coraz liczniejszych kradzieży.  Nie miałem nigdy zamiaru obrażać kogokolwiek z PAP-u.

Bardzo przepraszam wszystkich za nieporozumienie.

pozdrawiam

Filip
——————————————————————————————————–
I na koniec list Anny Brzezińskiej-Skarżyńskiej podsumowujący tę sprawę:
Tak, czujemy sie “wyjebani” przez Laureata & Napo Images. Nie kradniemy zdjec. Dzialamy zgodnie z prawem, rozliczamy
sie z autorami i spadkobiercami. Szanujemy fotografow i ich dziela. Promujemy dobra fotografie. To, co nas spotkalo jest
obrazliwe i krzywdzace. Prywatna korespondencja oczywiscie nie miala do nas trafic. Ale trafila i nie da sie zaprzeczyc ze
dotyczyla Pap. Atak P.Maleckiego na nas, absolutnie bezpodstawny MIAL trafic do Pap. Trzeba bylo NAJPIERW SPRAWDZIC!
Dochowujemy standardow europejskich, zdjecie bylo opatrzone stosownymi restrykcjami, nie zarabiamy na nim zlotowki.
Publikacja udostepnionego przez Napo Images zdjecia w Codziennym Serwisie Fotograficznym sluzyla wylacznie promocji
Laureata i jego fotografii.

To niesamowita arogancja i zwykle swinstwo.

Anna Brzezińska-Skarżyńska

komentarze:

Wojtasik 2011-02-17 11:56:53
PAP chciało zaistnieć. Zamiast rozwiązać sprawę między PAP a NAPO, PAP rozdmuchała aferę.Pytanie po co? Nie odczuwam podziału środowiska, ani żaden z fotografów i fotoreporterów nie kierował do mnie podobnych słów. Pan Ćwik napisał do mnie ostatnio maila ze słowem na k….i co powinienem to opublikować, pokazać światu np na facebooku??? Ludzie zajmijcie się fotografią a nie jątrzeniem….

Donat 2011-02-16 10:18:10
Mam propozycję. “Środowisko” narzeka że KFP “nic nie robi”, że Związek “nic nie robi” (jakby tu i tu była armia etatowych prawników opłacanych przez “ŚRODOWISKO” OD ZAŁATWIANIA NASZYCH SPRAW :) :):)) Może KFP przy naszym wsparciu zaprosi Agencje do akcji – PODPISUJCIE ZGODNIE Z PRAWEM NASZE ZDJĘCIA – agencje upoważnią KFP, a KFP będzie napieprzało jak w bęben – mailami, listami redakcje które nie respektuję prawa. Można zrobić ranking na stronie KFP albo Związku, “najlepszych” pod tym względem tytułów. Może to coś pomoże jak jakiemuś naczelnemu zapcha się skrzynka pocztowa :) Pewnie znowu usłyszę że to nic nie da :) Bo środowisko art. ma swój sposób na życie a rzemiosło ściboli 4 zeta do 4 zeta żeby światła nie wyłączyli:) Pozdrawiam wszystkich

Donat 2011-02-16 10:04:09
Kacper, a jak słabo ocenili to zdjęcie na fakty.interia :) Ja rozumiem że można źle postrzegać PAP, choćby za kalendarium itp. ale oni jak pisze Robert dobrze podpisali to zdjęcie. Problem jest w tym, moim zdaniem że każdy tytuł/redakcja podpisuje zdjęcia jak mu wygodnie – wszyscy znamy podpisy na rancie strony w stylu FORUM 3,

REPORTER 2, PAP 2. Godzimy się na to od lat, nie dochodzimy swoich praw, TO MAMY jak MAMY. Ciekawe jest to że jak chcą od nas wyciągnąć zdjęcie za darmochę to kuszą – “ładnie pana podpiszemy, przecież to dla pana promocja” :) :):) Czyli wiedzą że trzeba a mają to w d….. bo nikt się nie stawia.
kacper 2011-02-15 20:51:46
A jak się szanowni Państwo odniosą do tego podpisu. Albowiem nie dość ze fotografia należy do PAP to jeszcze wykonał ją Piotr Małecki ( tak wynika z podpisu ), o którym notabene agencja Pani Anny mogłaby pomarzyć. http://fakty.interia.pl/galerie/galeria/world-press-photo-2010/zdjecie/duze,1412071,27

Janek 2011-02-15 19:08:44
Doprawdy bardzo dziwna sprawa. Odnośnie słowa na literę “j”. W każdym języku istnieje takie słowo wytrych. Niezbyt eleganckie, ale może zastąpić każdy czasownik. Zresztą o tym można nauczyć się na lekcjach i jest to ciekawe ćwiczenie. W tym kontekście rozumiem je tak, jakby miało przedrostek “z” przed sobą czyli oznaczało nie mniej ni wiecej jak mocno “opierniczyć” do czego napo mialo prawo. Oczywiście skoro PAP dopełnił formalnosci ze swojej strony zwyczajowy “opr” przekazuje dalej prostując swoich partnerów – co również powinien uczynić… i było by po temacie. Jednak w tej historii jesteśmy o krok dalej. Ale dalej rozwiązanie jest banalne. 1: Napo wysyła na ręce szefowej PAP bukiet kwiatów w ramach przeprosin za formę. 2: W raz z kwiatami przesyła fakturę VAT za publikacje bez należytego podpisu, są na stawki umowne przecież 3: Pap to refakturuje newsweekowi i po temacie…

Robert 2011-02-15 18:43:04
Ktoś tu ma problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Widziałem to zdjęcie w serwisie pap i było podpisane jak napisałem wcześniej czyli PAP/NAPO Images/Piotr Malecki HANDOUT EDITORIAL USE ONLY NO SALES. Czyli cisną się dwa pytania. Pierwsze do NAPO. Dlaczego kłamiecie twierdząc, że PAP podpisał zdjęcie: “Filip Ćwik Fot: PAP”, tak zrobiła strona newsweeka, ich atakujcie a nie PAP. A drugie do Leela, za co ma przepraszać PAP skoro oni puścili podpis prawidłowy? Jeżeli ktoś ma przepraszać do newsweek. Może zastanów się zanim coś napiszesz…

Napo Images 2011-02-15 16:25:52
Oświadczenie agencji Napo Images / cześć 1 W dniu 11.02.2011 na prośbę serwisu PAP agencja Napo Images udostępniła zdjęcie Filipa Ćwika wykonane przez Piotra Małeckiego do bezpłatnego wykorzystania. Mail wraz ze zdjęciem opatrzony był wyraźnym zastrzeżeniem: “W załączeniu portret Filipa autorstwa Piotra Małeckiego / Napo Images – prosimy o taki podpis autora”. Niestety, ten oczywisty warunek nie został spełniony, zdjęcie zostało podpisane “Filip Ćwik Fot: PAP”

Napo Images 2011-02-15 16:24:52
Oświadczenie agencji Napo Images / cześć 2 Podczas wymiany korespondencji między nami a FotoPap  nastąpiło omyłkowe skopiowanie jednego z naszych osobistych mejli na skrzynkę FotoPap-u, za które natychmiast przeprosiliśmy. Była to prywatna korespondencja, a nie nasze oficjalne stanowisko. Dlatego nie rozumiemy, dlaczego upubliczniono tę korespondencję. Uważamy to za nieetyczne. Po raz kolejny przepraszamy wszystkich, którzy poczuli się dotknięci słownictwem użytym w naszej wewnętrznej korespondencji mailowej.  Sformułowania nie miały na celu obrażania kogokolwiek, wynikały jedynie z zamieszania w tym dniu. W żaden sposób nie oddają one naszego stosunku względem FotoPap.

Napo Images 2011-02-15 16:23:27
Oświadczenie agencji Napo Images / cześć 3 Liczymy, że ta niezręczna dla wszystkich sytuacja, będzie miała również swoje pozytywne strony; rozpocznie dyskusję na temat  przestrzegania prawa autorskiego oraz szanowania fotografów i ich dzieł. Filip Ćwik, Piotr Małecki, Adam Lach Ewa Meissner Maciej Jeziorek

Kacper Kowalski 2011-02-15 12:33:37
Tuż po wojnie, na korytarzu jednego z wydziałów Politechniki Gdańskiej jeden profesor w uniesieniu powiedział w do drugiego profesora „możesz mnie w dupę pocałować” Sprawa była bardzo głośna, wydarzyło się to publicznie, świadomie i celowo, w dodatku przy studentach. Został zawezwany sąd koleżeński w celu rozsądzenia sprawy. Audytorium pękało w szwach. Sędzią rozjemcą był stary wileński profesor, wyszedł na katedrę i z cudownym akcentem (wyobraźcie go sobie) powiedział tak: „zebraliśmy się tutaj w bardzo dziwnej sprawie. Ja tego zupełnie nie rozumiem. Jeden koljega zaproponował drugiemu, ażeby ten go w dupę pocałował. Ten nie skorzystał, a pretensje ma…”

Leela 2011-02-15 11:27:42
Mam wrażenie, że Ważny Redaktor odwraca kota ogonem – problemem nie jest już wypowiedź Filipa (za którą przeprosił), ale niechlujstwo PAP-u z podpisem pod zdjęciem. Wygląda to na zamiatanie problemu pod dywan: lepiej zwalmy wszystko na niewybredny język fotografów, a o naszej wpadce nie wspominajmy. Problem ma PAP, nie fotografowie. Nota bene – gdzie jest jakieś oficjalne przeproszenie za błędny podpis?

Bart Kudowicz 2011-02-15 09:37:10
Po przeczytaniu tej rozmowy nasuwają mi się dwie sprawy. Pierwsza, że faktycznie była to rozmowa prywatna między dwoma kumplami i nie powinna trafić do poczty PAP, a jak to bywa miedzy kumplami jest krótka, zwięzła i dosadna tylko 7 słów ale dużo więcej powiedziane (podobnie jak z fotkami czasami wystarczy jedno dobre zdjęcie żeby powiedzieć dużo więcej). Druga sprawa to wyciąganie całej tej historii na forum publiczne, a co najgorsze przez kogoś kto nie ma odwagi podpisać się pod tym i robi to anonimowo! Myślę, że sprawa w jakimś stopniu został załatwiona między PAP i NAPO (choć pewnie niesmak pozostanie) i na tym powinno się sprawę zakończyć. Może się na tym nie znam ale wydaje mi się, że rzetelność wymaga zgody dwóch stron prywatnej rozmowy żeby ją upubliczniać.

Wojciech Druszcz 2011-02-14 22:31:18
Panowie. Kompletnie nie zrozumieliście o co mi chodziło.Należę do tych gruboskórnych,którym wulgaryzmy nie przeszkadzają, ale rozumiem też tych których one urażają szczególnie jeśli są do nich skierowane.Ten krótki mail Filipa , niezależnie od tego do kogo był adresowany, pokazuje z jaką pogardą odnosimy się do siebie nawzajem.Nie potrafimy rozmawiać inaczej niż za pomocą inwektyw.

Donat 2011-02-14 19:15:48
Ja tam lubię mięchem rzucić taka ma natura:) Kacper, racja że to dziecinada. Ale prawdziwy problem jest w tym że : 1. Newsweek bierze fotę przedstawiającą swojego pracownika z PAPu, bo za darmochę. 2. PAP nie ma wpływu na to jak Newsweek podpisuje zdjęcia. 3. Piotr i Filip zamiast zrobić dym w Newsweeku walą w PAP – nie gryzie się ręki która karmi :) 4. Potencjał wzajemnej “środowiskowej” miłości powala – znalazła się nawet wzmianka o “wyjebaniu”. Generalnie ZENADA Cytat z Moniki Olejnik za Wprost nr7 2011, “Przecież widzisz jak się dziennikarze nienawidzą. Było tak kiedyś, przez te 20 lat ?”

Jerzy Żarczyk 2011-02-14 18:58:20
Po przeczytaniu tej całej nieszczęsnej wymiany e -mailowej nasuwa się jeszcze jedno dziwne wrażenie.Otóż Pana Druszcza bulwersuje chamski stosunek do PAPu.Jednak to,że Pani Redaktor Naczelna Działu Foto w odpowiedzi na list przepraszający czuje się “wyjebana” jest już jak rozumiem całkiem kulturalną formą wypowiedzi!A mnie się wydaje,że poziom identyczny,więc nie mówmy o kulturze. U nikogo jak widać nie występuje w nadmiarze łącznie z autorem tego bloga,który niby w imię wyższego dobra środowiska sam bez mrugnięcia okiem grzebie się w cudzej korespondencji.

Jerzy Żarczyk 2011-02-14 18:15:47
Pan Wojciech Druszcz wykazał się tak samo wysoką kulturą publikując na blogu nie swoją prywatną korespondencję jak Ci autorzy Wielkiego Skandalu w PAPie.Pan Druszcz pomyłkowo wysłaną korespondencję do wszystkich,ale jednak tylko w PAPie klasyfikuje jako do wszystkich w Polsce.Brawo!!!

Kacper 2011-02-14 17:07:47
oczywiście na stronie KFP. Poprawiam się natychmiast, żeby nie dostać na przykład łomotu od fotoblogii:)No teraz dopiero trzeba będzie uważać, żeby nikogo nie zranić z fotograficznego środowiska strażników moralności.

Kacper 2011-02-14 16:58:45 83.24.76.33
Panie Wojtku, co miało przynieść upublicznienie wymiany mailowej na fotoblogii? To przecież dziecinada. Może zróbmy jeszcze z tego jedynkę w PAPie, że laureat WPP używa słów na “j”. Z tego co widzę, przeprosił i to natychmiast, a rozwijanie tego wątku stanawia nas jedynie w mało efektownym świetle środowiska, które lubi babrać się w słowie na “g”.

Wojciech Druszcz 2011-02-14 14:45:52
Ej Kacper nie była to już prywatna korespondencja bo trafiła do skrzynek wszystkich pracowników PAP, tych gruboskórnych i tych dla których list ten był obraźliwy.
Wojciech Druszcz 2011-02-14 14:45:50
Ej Kacper nie była to już prywatna korespondencja bo trafiła do skrzynek wszystkich pracowników PAP, tych gruboskórnych i tych dla których list ten był obraźliwy.

Pochmielkin 2011-02-14 13:03:23
Rozumiem, że w PAP wszyscu mawiają w prywatnej korepsondencji o innych instytucjach: “kurka wodna, motyla noga, jakiż ten Reuters jest przykry, ach ach, już naprawdę mam dosyć AP, ojej, no cóż ty Aniu myślisz o tym wstrętnym Filipie, toż to przecież taki niewychowany typek, jak on mógł tak napisać?” Jeśli panie i panowie redaktorzy z PAP-u i innych redakcji tak sobie korespondują, zamiast gorzały piją soczek i całe życie byli grzeczni jak zakonnice, to Filip powinien odszczekać spod stołu i zjeść własne zdjęcia w formacie wystawowym.Ale obawiam się, że nie będzie musiał tego robić…

Kacper 2011-02-14 11:43:57
niech pierwszy rzuci kamień, który nie rzuca mięsem, zwłaszcza w naszym środowisku…. Upublicznienie prywatnej korespondencji jest równie niegodziwe, jak sprzedawanie zdjęć swoich fotografów po 7, 10 zł. Ujawniając tę wymianę zdań, PAP sam sobie strzela w kolano.

Donat Brykczyński 2011-02-14 10:47:37
A na marginesie to nieźle ta sytuacja obrazuje nasz rynek. Newsweek nierze zdjęcie z NAPO via PAP – bo jak rozumiem z PAPu w tej sytuacji było za darmo. “Szacun” dla fotoedytora za wyszkolenie. Ciekawe czy w bazie Newsweeka mają zdjęcie Filipa, czyjegoś autorstwa – za które trzebabyłoby ZAPŁACIĆ autorowi !!! Łatwiej wykorzystać PAP :)
Donat Brykczyński 2011-02-14 10:39:47
Masz trochę racji Wojtek. Ja mam wysoki stopień tolerancji na brzydkie wyrazy :) Bo sam ich używam gdy górę biorą emocje. W tym wypadku PAP jest w porządku. I nie ma się co go czepiać. Co do tekstu Filipa bardziej interesuje mnie to, co doprowadza że ludziom puszczają nerwy niż samo ich puszczanie :)

Robert 2011-02-14 10:01:30
To zdjecie podpisane jest w serwisie papa: PAP/NAPO Images/Piotr Malecki HANDOUT EDITORIAL USE ONLY NO SALES. To ze newsweek olal reszte nalezy mlotkowac newsweek, a nie pap. A juz na stowe nie w takiej formie.

Wojciech Druszcz 2011-02-14 09:24:54
Ok. być macie trochę racji w sprawie podpisywania zdjęć. Żaden z Was jednak nie zauważył,że felieton jest nie o tym, tylko o chamskim sposobie artykuowania swoich myśli przez ludzi uważających się za awangardę naszego środowiska

Donat Brykczyński 2011-02-14 00:50:18
I w nawiązaniu do tematyki – IPN wydał książkę ” Od niepodległości do niepodległości. Historia Polski 1918-1989″. Podobno “zapomniał” podpisać autorów zdjęć, nie zapomniał jednak podpisać utorów tekstów. Jak sami nie zaczniemy się szanować (i mam tu na myśli np. sposób podpisywania zdjęć) to nikt nas nie będzie szanował. Czuwaj !

Donat Brykczyński 2011-02-14 00:45:34
Może niech PAP zamiast moralizować pokusi się o analizę takiego stanu rzeczy, że ludzie dopisują przy swoich zdjęciach “zakaz publikacji w internecie” “do internetu mninimum ….zł” “zakaz publikacji w POLSCE”. Ze zastanowi się dlaczego KFP dostało karę od UOKiKu a większość zdjęć do internetu chodzi po 6-10 zł (i to nie jest zmowa cenowa – to “wolny” rynek) Może PAP pomoże fotografom żeby nie chodzili tak wkurwie….. i nie pisali słów na j.

Donat Brykczyński 2011-02-14 00:43:40
Wielokrotnie zdjęcia PAPu są publikowane bez podania autora – czy wszyscy ci autorzy zrzekli się egzekwowania swoich praw ?! Czemu nikt nie reaguje na takie praktyki. Dlaczego nie reaguje PAP. Czy PAP z racji swojego prestiżu nie powinien już dawno temu stanąć na straży pilnowania porządku na naszym rynku. Będziemy się sprzeczać o jedno słowo w prywatnym mailu a jednocześnie pozwalamy żeby kradziono zdjęcia (nie mówię że robi to PAP), łamano prawa autorskie, prawo pracy. Będziemy jak pani Dulska załamywać ręce nad biednym słowem jebać :) , będziemy je odmieniać, będziemy się nim napawać. -No taki zdolny, a taki niewychowany :) I dalej będziemy dostawać 4 złote za często niepodpisane własne zdjęcie.

Donat Brykczyński 2011-02-14 00:42:11
Mam pytanie – zdjęcia podpisujemy imieniem i nazwiskiem autora, gwarantuje nam to prawo autorskie. Dlaczego zdjęcie przedstawiające pana F. było źle podpisane. CZY PAP NIE POWINIEN PILNOWAC POSZANOWANIA PRAWA.(tłumaczenie w stylu, my Cię promujemy to się nie czepiaj że źle to robimy) Taka “promocja” to chyba powinność PAPu. Chyba że to już oficjalnie czysta komercha i nie ma sobie co oczu mydlić jakąś misją itd.

Donat Brykczyński 2011-02-14 00:36:50
Ja widzę zdjęcie pana F. podpisane PAP. A chyba żaden pan o imieniu PAP go nie zrobił. Jak rozumiem zrobił je pan P. Inwektywa ja j. nie jest inwektywą tylko nazwaniem czynności. Można było napisać opier…., opieprza…., pouczać itp. Panowie tak czasami między sobą gadają :) myślę że w PAPie też. Pouczać ich ile wlezie – i nie było by sprawy :) Jedyna niezręczność jaką widzę to niechlujstwo w mailingu.
Szymon Łaszewski 2011-02-13 23:58:17
Ale faktem jest że zdjęcie nie jest podpisane autorem tylko PaPem.

Marzec 09 2011

Andrzej Wajda spiskował przeciwko mnie…

Taggi : , , , , ,

Opublikowany w ■ wywiady, Walentynowicz Anna przez Maciejewski Kazimierz w dniu 22 Kwiecień 2009

Z Anną Walentynowicz, odznaczoną przez prezydenta RP Orderem Orła Białego, rozmawia Zbigniew K. Rogowski.

Anna Walentynowicz

- Niedawno w rozmowie ze mną wspomniała Pani o „udziale Andrzeja Wajdy w spisku przeciwko Pani”… Na czym miał ów spisek polegać?

- Znacznie wcześniej, bo na spotkaniu z okazji 25-lecia „Solidarności”, które odbyło się w Sali Kolumnowej Sejmu, nie omieszkałam oświadczyć, że pan Wajda należał do tego gremium, które dążyło i doprowadziło do wykluczenia mnie z „Solidarności”. Miałam na myśli także ową zmowę bodaj z 10 lub 11 grudnia 1980 roku w warszawskiej willi reżysera, a więc jakby jej patronował. To spotkanie było etapem takiego działania.

- Kto w tym spotkaniu uczestniczył?

- Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Jacek Kuroń, Stefan Bratkowski, jak również przedstawiciele komitetu budowy Pomnika Stoczniowców z jego przewodniczącym Henrykiem Lenarciakiem, jednym z kierowników Działu Kadr w Stoczni Gdańskiej, Adam Gotner z komitetu budowy Pomnika w Gdyni.

- Sprecyzujmy cel tego spotkania.

- Otóż miało się okazać, że wymienione przeze mnie osoby połączyły siły, żeby doprowadzić do wykluczenia mnie z „Solidarności”, abym jako adwersarz Wałęsy nie mogła uczestniczyć w podniosłej uroczystości, jaka miała się odbyć za kilka dni, mianowicie w poświęceniu Pomnika Poległym Stoczniowcom. Posunięto się do prowokacji, o której dowiedziałem się dopiero po pewnym czasie. Otóż Kuroń zadzwonił do Zarządu Regionu w Gdańsku, by perfidnie zmanipulować plotkę, która miałaby zaraz być rozpowszechniana. Z głupia frant zapytał: Czy to prawda, że Walentynowicz zapowiedziała strajk na 16 grudnia?… Bo podobno zapowiedziała. Intencją prowokacji było rozkolportowanie tej nieprawdziwej informacji.

- Właśnie tak prymitywnie chciano spreparować ów rzekomy fakt?

- Musiano się spieszyć, bo w Warszawie przebywali przecież przedstawiciele Komitetu Budowy Pomnika Poległym Stoczniowcom, by zaprosić komisję rządową, delegację Episkopatu i zaklepać udział w uroczystości reporterów programu pierwszego telewizji. A tu Walentynowicz – zgodnie z tą zmanipulowaną informacją – chce wszczynać strajk! Wobec zagrożenia rzekomym strajkiem delegacja wracała z niepokojem do Gdańska, by stwierdzić, że informacja o strajku była blefem. Tymczasem uczestnicy spotkania u Wajdy pod wpływem informacji o rzekomym strajku postanowili, że z tą Walentynowicz trzeba coś zrobić. Bo groźnie rozrabia. Najlepiej spowodować wykluczenie z „Solidarności”. Jeśliby to było możliwe, jeszcze przed uroczystością poświęcenia Pomnika. W tym przypadku również dlatego, że obroniłam nazwę tego monumentu jako właśnie Pomnik Poległym Stoczniowcom, a nie – jak chcieli proreżimowi konformiści – Pomnik Pojednania Narodowego. W tej sytuacji we wspomnianym spotkaniu u Wajdy korowska opozycja i sam gospodarz stanęli murem przeciwko mnie. Tuż przed uroczystością poświęcenia Pomnika wezwał mnie do siebie Wałęsa i powiedział bez ogródek: – Niech pani zrezygnuje z członkostwa w „Solidarności”, w przeciwnym razie wyrzucę panią!

- Jak Pani zareagowała na te słowa?

- Powiedziałam: Wyrzuć! Tylko nie licz na to, że ci znowu w czymś pomogę.

- To relegowanie ze Związku nastąpiło dopiero parę miesięcy później.

- Odebrano mi mandat na początku lipca 1981 r., po paromiesięcznej procedurze „sądzenia” mnie…

- Uratowanie nazwy Pomnika rozsierdziło władze i konformistycznych działaczy, w tym korowców…

- Zgadza się. Ówczesny premier Rakowski mówił: Ten pomnik jątrzy… Byłam dumna z obronienia nazwy! Chociaż musiałam zapłacić dużą cenę. Płacę ją zresztą do dzisiaj. Ceną tamtych dni było to, że mnie nie dopuszczono do udziału w uroczystości poświęcenia Pomnika, nie pozwolono przyjąć Komunii Świętej podczas uroczystej mszy. Miałam być gościem honorowym, a stałam gdzieś na uboczu, bo straż robotnicza nie dopuściła mnie do centrum uroczystości. Byli to ci sami stoczniowcy, którzy stanęli w mojej obronie w czasie sierpniowego strajku…

- Jak zrodziła się nazwa pomnika?

- Rzuciliśmy ją spontanicznie dla uczczenia stoczniowców zamordowanych przez zbrodniczy reżim PRL. Z tym hasłem wywoławczym o uhonorowanie poległych zaczęliśmy zbierać składki na wzniesienie obiektu. Proponowana później przez proreżimowców, korowców i innych nazwa – Pomnik Pojednania Narodowego – była nie do przyjęcia! Jakież pojednanie miał Pomnik symbolizować? Pojednanie ofiar z katami z ZOMO? Pojednanie Narodu z mordercami?

- W jaki sposób formalnie zadziałała Pani na rzecz utrzymania pierwotnej uchwały?

- Uchwałę w tej sprawie Komisji Zakładowej Stoczni Gdańskiej wręczyłam w asyście dwóch kolegów stoczniowców wojewodzie z prośbą, by przekazał ją przewodniczącemu Budowy Pomnika Henrykowi Lenarciakowi, bo ten nie chciał jej przyjąć. Powiedziałam przy tym, że przy wersji nazwy „Pomnik Pojednani Narodowego” stałby się on obiektem budzącym nienawiść do fundatorów. W takim przypadku stoczniowcy – z moim oczywiście udziałem – pisaliby na obiekcie prawdziwą nazwę, używając smoły, żeby trudno było ją zamalowywać…

- Za którą z nazw opowiadał się Wałęsa?

- Wtedy nie znałam jeszcze tego faktu, ale wkrótce miałam się dowiedzieć z ust działacza „Solidarności” Zdzisława Złotkowskiego, że na jednym z prezydiów Związku w Gdańsku Wałęsa proponował, by pomnikowi nadać nazwę Pomnika Pojednania Narodowego…

Andrzej Wajda ?

- Czy dotarły do Pani jeszcze jakieś przecieki ze spotkania u Wajdy?

- Dowiedziałam się, że plotka o rzekomo przygotowywanym przeze mnie strajku 16 grudnia 1980 roku miała pochodzić od Kuronia. Zaraz do niego zadzwoniłam z zapytaniem, jak doszedł do tej fałszywej informacji. Odpowiedział, że łódzki działacz „Solidarności” Kowalewski wysłał pisemną wiadomość z zapowiedzią, że Walentynowicz ma zamiar zorganizować strajk szesnastego, żeby nie dopuścić do poświęcenia Pomnika, gdyby miano mu nadać jednak nazwę Pomnik Pojednania Narodowego. Wobec takiego dictum Kuronia, natychmiast zatelefonowałam do Kowalewskiego z zapytaniem, na jakiej podstawie wysłał tę wiadomość. On na to: Masz to powiadomienie w ręku? Odparłem: Nie mam, ale Kuroń mi o tym powiedział. Usłyszałam w odpowiedzi: To zwróć się do niego.

Oczywiście ta intryga Kuronia była skutkiem spotkania u Wajdy. Więc pan reżyser jakby patronował zmowie, spiskowi… Nawiasem mówiąc, Kuroń był wobec mnie dwulicowy. Kiedyś powiedział, że Wałęsa postąpił z Anią nie fair. Niby ubolewał, ale fakty miały pokazać, że jątrzył. Podobnie jak Geremek. Obaj w bezpośrednich kontaktach byli mili, ale wiedziałam, że mnie nienawidzą. Bo nienawidził mnie Wałęsa!

- Kto konkretnie stał za decyzją niedopuszczenia Pani na uroczystość poświęcenia Pomnika?

- O tym dowiedziałam się dopiero po jakimś czasie. Nastąpiło to na polecenie esbeka generała Pudysza, który wydał owo polecenie za pośrednictwem… Wałęsy.

Aparatczyk Wajda

Czy Wajda wcisnął „kit” Schlöndorffowi?

- Pani Anno, kiedy Pani zetknęła się z Andrzejem Wajdą?

- Gdy kręcił film Człowiek z żelaza. Później była taka okazja po gdańskiej premierze… Nawiązując do jednej ze scen, powiedziałam: Znał pan tę scenę z mojej relacji, a pan ją tendencyjnie przekłamał. Na to Wajda: To nie jest film dokumentalny, lecz fabularny, więc reżyser ma prawo do własnej interpretacji. Ja: Ale nie kosztem faktów historycznych. A Wajda czynił w tej scenie z Wałęsy dominującego bohatera zdarzenia, podczas gdy w rzeczywistości nigdy w tej sytuacji nie zaistniał.

- Czy powiedziała Pani Wajdzie, że nie było żadnego skoku Wałęsy przez płot?

- O tej historii ze skokiem nie było jeszcze wiadomo. Obowiązywała wersja opowiedziana przez Wałęsę włoskiej dziennikarce Orianie Fallaci, że oto przedostał się na teren Stoczni przez dziurę w płocie między pierwszą a drugą bramą. Nawiasem mówiąc, dokonałam tam zaraz oględzin i stwierdziłam, iż żadnej dziury w płocie nie było… Nie było też żadnego skoku przez płot, owo kłamstwo zostało przygwożdżone przez kontradmirała Kołodziejczyka, który na polecenie admirała Jancyszyna kazał przetransportować Wałęsę do Stoczni motorówką Marynarki Wojennej. Kontradmirał Kołodziejczyk przypomniał o tym fakcie w mojej obecności i w obecności b. I sekretarza KW PZPR w Gdańsku Tadeusza Fiszbacha. Reżimowcy dostarczyli Wałęsę, by wbrew woli załogi Stoczni wygasił strajk!

- Znany niemiecki reżyser Volker Schlöndorff zakończył już pracę nad filmem fabularnym, którego bohaterką miała być Pani. Wiem, że nie zaakceptowała Pani scenariusza, co więcej – rozważa Pani podjęcie kroków, by film nie mógł być rozpowszechniany w Polsce.

- Film zakłamuje wydarzenia. Nic dziwnego, że aż trzech polskich producentów zrezygnowało ze współpracy ze Schlöndorffem na polskim odcinku realizacji. Treść scenariusza jest dla mnie obraźliwa: na przykład mojego syna przedstawia się jako zomowca, w dodatku miał on poślubić córkę sekretarza partii… Po zapoznaniu się ze scenariuszem autorstwa niemieckiego scenarzysty zaprotestowałam odnośnie takiej dezawuującej treści u Schlöndorffa, który wobec moich zastrzeżeń obiecał, iż powstanie nowa wersja zamówiona u polskiego twórcy. Nic takiego nie nastąpiło. Dopisano jedynie nazwisko Macieja Karpińskiego jako współautora. W filmie miałam być Joanną Kowalską, ostatecznie zostałam jakąś Agnieszką. A nazwisko Walentynowicz przewija się w tle zdarzeń.

- W wywiadzie ze Schlöndorffem przed rozpoczęciem pracy nad filmem zapytałem, czy przewidział ukazanie postaci Wałęsy w jakiejś szerszej panoramie. Odpowiedział, że to będzie film o Annie Walentynowicz, a Wałęsa zostanie pokazany jedynie w końcowej sekwencji – materiał z kroniki filmowej – kiedy składa podpis pod Porozumieniem Sierpniowym…

- tymczasem, jak słychać, „zakwitła” postać w scenariuszu Wałęsy. Jest nie tylko obecny, ale ma mnie jakoby łączyć z nim wielka przyjaźń. Słyszałam też, że wymowa filmu ma być taka, iż zmiany w Europie nastąpiły w następstwie upadku muru berlińskiego. A więc pomniejszenie znaczenia roli „Solidarności”. Zafałszowany jest obraz terenu Stoczni, bowiem zdjęcia odnoszące się do wydarzeń z roku 1980 kręcone były w obecnym plenerze. A więc na przykład z rozbrojonymi, martwymi dźwigami. Posępny to krajobraz. Film ma tytuł Zapomniana bohaterka i według nieoficjalnej informacji premiera została przesunięta z wiosny na lato.

- Mówi Pani o wyeksponowaniu postaci Wałęsy w filmie, który miał być opowieścią o Pani, od której „w Gdańsku wszystko się zaczęło”…

- Wedle mojej wiedzy, Wałęsa występuje u Schlöndorffa w takim wymiarze, jakby to on był bohaterem jego obrazu. Nawiasem mówiąc, niemiecki reżyser obiecywał, że zaprosi mnie na obejrzenie materiału przed montażem, ale nie dotrzymał słowa.

- Co mogło sprawić, iż Schlöndorff zmienił tak zasadniczo treść filmu, eksponując Wałęsę?

- Podejrzewam, że mógł na to mieć wpływ Wajda… Bo film ze strony polskiej współrealizowała firma producencka Macieja Ślesickiego „Paisa”, w której założeniu on dopomógł, gdyż jej właściciel jest synem współpracowniczki Andrzeja Wajdy, Barbary Ślesickiej. Domniemywam, że Wajda mógł się zainteresować scenariuszem i wobec poznanej treści mógł zasugerować wprowadzenie i wyeksponowanie postaci Wałęsy, a mnie przedstawić w wersji niekorzystnej. Byłby to logiczny ciąg spiskowania w warszawskiej willi reżysera. Pewnie zapamiętał moje słowa wypowiedziane w Sali Kolumnowej Sejmu z okazji uroczystości 25-lecia „Solidarności” – że przyczynił się do wyrzucenia mnie ze Związku…

- Czy Wajda znał się ze Schlöndorffem?

- Nie ulega wątpliwości. Schlöndorff uważa go zresztą za swego niemal idola, co podkreślał publicznie. Więc tym łatwiejsza może być do przyjęcia moja teza o wpływie Wajdy na film, którego miałam być bohaterką pozytywną.

- Prasa niemiecka wpisała się w ów trend niechęci wobec Pani…

- Tak, widać nie kochają mnie za miedzą. Niedawno poczytny tygodnik „Der Spiegel”, pisząc o filmie Schlöndorffa, poinformował czytelników, że Walentynowicz od lat ma w Polsce niedobrą opinię jako rozrabiaczka. Ona swoich dawnych przyjaciół ze Stoczni i samego Wałęsę nazywa zdrajcą (…). Mimo to reżyser Volker Schlöndorff stara się zrozumieć tę starszą kobietę, która do dziś wyraźnie nie może się pogodzić z faktem, iż w książkach o historii ma jedynie marginesowe miejsce. Dzięki Niemcom nareszcie poznałam pełną prawdę o sobie…

- W jednym z numerów tegoż „Spiegla” przeczytałem, że „Anna Walentynowicz najchętniej udziela wywiadów Radiu Maryja, narodowo-katolickiemu radiu z antysemickimi podtekstami”… Autorem tego oszczerczego określenia pod adresem toruńskiej rozgłośni jest niemiecki korespondent Martin Wolf. Najpierw usiłowali Panią pognębić i zdezawuować „swoi”, a teraz niemiecki reżyser i niemiecki dziennikarz deprecjonują Panią jako przecież prawdziwą bohaterkę pamiętnych gdańskich wydarzeń, działaczkę „Solidarności”, bez której nie zaistniałby na dziejowej scenie przeciętny w swoim fachu elektryk o nazwisku Lech Wałęsa.

Wajda nie powinien robić filmu o zbrodni katyńskiej

- Ponieważ Andrzej Wajda często obecny był w naszej rozmowie, pociągnę wątek jego jako reżysera, by zapytać o Pani zdanie w kwestii jego najbliższego zamierzenia realizatorskiego, jakim ma być film fabularny o zbrodni katyńskiej. Ale zanim usłyszę odpowiedź, chciałbym się czegoś dowiedzieć o Pani znajomości reżyserskich dokonań Andrzeja Wajdy.

- Nie interesowałam się jego twórczością, nie chodziłam w ogóle zbyt często do kina. Dopiero z czasem uświadomiono mnie o treści jego filmów, w których oddawał chwałę komunistom. Dowiedziałam się, że w filmie Popiół i diament każe bohaterowi z Armii Krajowej umrzeć na śmietniku historii. Wiadomo mi również o filmie, w którym polski policjant, kolaborując z Niemcami w czasie okupacji, denuncjuje Żydów, a nawet sam ich zabija. Wymowa takiego filmu była niegodziwością wobec historycznego faktu, że Polacy ratowali dziesiątki tysięcy Żydów, często płacąc najwyższą cenę.

- To był film, noszący tytuł „Wyrok na Franciszka Kłosa”. Policjant zastrzelił Żyda, który się ukrywał, a następnie kobietę i jej dzieci, która go ukrywała. Ale wrócę do pytania o Pani opinię o najnowszym planowanym filmie Andrzeja Wajdy.

Andrzej Wajda

- Nie chciałabym być posądzona o brak obiektywizmu, ale nie sądzę, że ten tragiczny temat znajdzie się we właściwych rękach. Bo twórca, który kręcił filmy z komuny rodem, chyba nie ma moralnego prawa do przeniesienia na ekran historii tego zbrodniczego czynu Sowietów, ideologicznych pobratymców komunistów polskich. Tak, A. Wajda nie ma po temu moralnego prawa. Ostatnio ktoś z przyjaciół przyniósł mi artykuł z tygodnika „Wprost”, w którym napisano, że Wajda żył z politycznego lawiranctwa – już od debiutu. Napisano też, że Wajdę stworzył PRL. I że Wajda skończył się razem z PRL. Czy taki tytuł daje mu prawo do podjęcia się realizacji filmu o zbrodni katyńskiej, której ofiarami stali się najprawdziwsi polscy patrioci?

***

Pani Anno, pozwoli Pani sobie pogratulować odznaczenia Orderem Orła Białego, jak również niedawnego uhonorowania w Waszyngtonie przez Fundację Ofiar Komunizmu Medalem Wolności Trumana-Reagana. To właśnie w Pani osobie Ameryka uczciła „Solidarność” jako symbol przełomowego aktu walki z komunizmem. Uczciła tę, od której w Gdańsku wszystko się zaczęło… To w Gdańsku padł mur berliński, a nie w filmie Schlondorffa.

Gratuluję również osobistego w tonie listu George’a Busha, w którym prezydent USA, zwracając się do Pani per Droga Anno, przesłał Pani w imieniu własnym i małżonki Laury najlepsze życzenia zdrowia i szczęścia, by przy tej okazji wyrazić pragnienie kontynuowania współpracy z Polską na rzecz pokoju i wolności na całym świecie.

Luty 25 2011

WIELKI NARODOWY QUIZ – ODGADNIJ NAZWISKO TAJNEGO WSPÓŁPRACOWNIKA

Taggi : , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

WIELKI NARODOWY QUIZ – ODGADNIJ NAZWISKO TAJNEGO WSPÓŁPRACOWNIKA

Stwierdziliśmy w redakcji Brukowca –Story , że wałkowanie tematu Andrzej Wajda może wzbudzać u naszych czytelników niepożądane ruchy spastyczne, co gorzej zachowania określane z angielska vomit.

Nie chcąc narażać 762 fanów i  masę „wolnych czytelników” naszych „blogów śmierci” na zbyt długie obcowanie  z Wielką Postacią Narodowej Kinematografii….

Rozpoczynamy  Wielki Narodowy QUIZ.

Zabawa polega na odgadnięciu imienia i nazwiska twórcy  filmowego, a za chwilę pracowników telewizji i innych grup i środowisk po pseudonimie tajnego współpracownika.

Bawcie się dobrze.

Czekamy na w Wasze typy. Szczęśliwemu zwycięzcy ufundowaliśmy nagrodę – tygodniowy pobyt w archiwum IPN w dowolnej delegaturze III RP / bez all exlusive /

Oto pierwszy konkurs!!!

Kategoria Film Polski

Proszę zgadnąć do jakich filmowców należą pseudonimy:

„HANKA” -

„JEŻ” – JERZY LIPMAN LIPIŃSKI

„J”-       JERZY LIPMAN LIPIŃSKI

„STEFANIA”-

„ŚMIAŁY” III-

„JULIUSZ”-

„JO”-

„IRENA”-

„BLASK”-

„HENRI”-

„PRZYJACIEL”-

Do Andrzeja Wajdy będziemy wracać…

OGLĄDAJCIE ZAKAZANY FILM PRZEZ WAJDĘ “OPERATOR’  – PÓŁKOWNIK W TVP

Lipman1Lipman2

Luty 23 2011

Jerzy Lipman donosi na Andrzeja Wajdę

Taggi : , , , , , , , , , , ,

Jeden z pierwszych donosów tw.Jeż / Jerzy Lipman/ na Wajdę. Studiowali razem w Szkole Filmowej.

Tak Lipman widział swojego najlepszego przyjaciela:

Doniesienie agenturalne 16.10.50 r

Wajda Andrzej jest studentem II r wydz. realizatorskiego PWSF. Wraz z Nałęckim przyjechał z Krakowa z ASP gdzie był członkiem prezydium ZU ZAMP i gdzie wstąpił jako kandydat do PZPR. Jest serdecznym przyjacielem Nałęckiego i pod jego wpływem. Aktywnie nie pracuje i mniej jest wyrobiony politycznie od Nałęckiego. Na terenie szkoły nie należy do Partii, gdyż dotychczas nie przyszły jego papiery z Krakowa. Przez lato był razem z Nałęckim w Łagowie. Utrzymuje kontakt z tymi samymi ludźmi co Nałęcki. O jego osobistym obliczu politycznym trudno jest coś powiedzieć, gdyż jest wyrazicielem poglądów Nałęckiego. „Jeż”

Zadanie: Ustalić pobyt ich w czasie okupacji / Nałęckiego i Wajdy/ ich rodzaj pracy, przynależność do organizacji; oraz miejsce praktyki w czasie ferii letnich 1950 r

Kutz w berecie, Lipman za kamerą, Wajda z prawej w ciemnych okularach

Mafia filmowa

Luty 19 2011

Wajda odsyła na półkę świetny film “Operator”

Taggi : , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

Wajda, Hoffman i Kutz – baronowie polskiego filmu blokują film dokumentalny pt.”OPERATOR”.

Andrzej Wajda

Dokument został zrealizowany na zamówienie Redakcji  Widowisk Artystycznych  Programu 2  TVP S.A. Jest to  pierwsze takie dzieło traktujące o środowisku polskich filmowców. Wajda, Hoffman,Kutz grożą autorom filmu i TVP procesami w przypadku, gdyby ich wypowiedzi na które wyrazili wcześniej zgodę, znalazły się w nim. “OPERATORA” oprotestowała też wdowa po  Jerzym Lipmanie, bohaterze filmu nie zgadzając się na realizację jego biografii. Lipman to niezwykła i barwna postać w historii polskiej kinematografii, był współautorem sukcesów Wajdy, Polańskiego, Hoffmana, Kutza, Kawalerowicza i Munka.

Historia ubecko – esbeckich wątków z życia Lipmana opowiedziana w filmie jest pretekstem do pokazania innego oblicza środowiska filmowego w PRL.

Jerzy Lipman

“Operator” to kolejny film, którego może nie zobaczy szersza widownia. Komu zależy na zakłamaniu prawdy o tamtych czasach.

OGRANICZANIE WOLNOŚCI SŁOWA W POLSCE: TO JUŻ NIE WALKA POLITYCZNA – TO ZAMACH NA DEMOKRACJĘ

Domagajmy się prawdy.
A tu znajdziecie zwiastun dokumentu  “Operator” – reż Maciej Jaszczak

Luty 09 2011

Historia trójmiejskiej muszelki – cz. 2

Taggi : , , , ,

img_261Był ciepły poranek. Zesowate Szczęście zwiedzało piękne katalońskie miasto. Nie wiedziała wtedy jeszcze jaka miłosna niespodzianka czeka na nią na służbowej skrzynce. Tymczasem w redakcji nad morzem znany z przeprowadzania regularnych przeglądów skrzynek pocztowych i szuflad swoich podwładnych Krótkoręki Ptaszek wyłączył komputer Zezowatego Szczęścia. Szeregowym pracownikom wydało sie to dziwne. Gdy Krótki Ptaszek poszedł do domu wieczny współpracownik (niech mu będzie Lojalny Kudłacz odpalił komputer Zezowatego Szczęścia i tropem swojego pryncypała, któremu ufał bezgranicznie i którego traktował jak Boga (do czasu!), przetrzepał skrzynkę Zezowatego Szczęścia. Treścią miłosnej wiadomości od Kosmatego Feliego podzielił się z resztą oddziału. Pominął tylko Krótkorękiego Ptaszka i fotoreporterkę (choć to za dużo powiedziane) niech jej będzie Nieudaczna Staruszka. Wiedział, że Ptaszek jest zakochany w Felim i uzależniony od niego, a Nieudaczna Staruszka zawsze grała na dwa fronty. Gdy nie było w pracy Zezowatego Szczęścia, to trzymała z chłopakami i właziła im w dupę, ale gdy tylko wróciło Zezowate Szczęście Nieudaczna Staruszka odwracała się plecami i przymilała sie Zezowatemu Szczęściu.
Z resztą Krótkorękiemu nie warto było mówić, bo sam nie był do tego skory. Rozpruł się w tym temacie dopiero wtedy gdy obcięli mu pensję i szukał ewentualnych haków na Kosmatego i wsparcia wśród chłopaków, ale do tego dojdziemy za chwilę.
O gorącym mailu Kosmatego Feliego do Zezowatego Szczęścia wiedzieli wszyscy pozostali członkowie oddziału włącznie z biurem reklamy.
Ludzie zastanawiali sie jaka będzie odpowiedź Zezowatego Szczęścia na erotyczne propozycje jednego z zastępców redaktora naczelnego najchętniej czytanego dziennika w tym kraju.
Niektórzy mieli nadzieję, że Zezowate Szczęście jest uczciwą i porządną kobietą i nie ulegnie, a nawet pokaże, że ma honor i odejdzie z pracy. Inni twierdzili, że będzie romans, a słynące z podłego charakteru Zezowate Szczęście będzie wykorzystywać swoją pozycję.
Rację miała ta druga grupa.
Zespół przekonał sie o tym gdy z urlopu wróciła bohaterka gorącego romansu.
Bo do tego, że to był gorący romans nikt nie miał wątpliwości.
Feli dzwonił do Zezowatego Szczęścia kilka razy dziennie. Zawsze gdy dzwonił zrywała się do telefonu i wybiegała na korytarz kryjąc się przed innymi pracownikami. Romowy były długie i o wszystkim.
Widząc, że znajomość Zezowatego Szczęścia z Kosmatym Felim nabiera rumieńców Krótkoręki Ptaszek pozwalał jej na wszystko. Urlop dostawała nawet gdy miała okres oraz gdy zdechł jej kot. Oczywiście Krótkoręki Ptaszek nigdzie tego nie wpisywał więc nie naruszało to przysługującego jej urlopu. Robiła tematy o chorych dzieciach i kupy o biednych pieskach i kotkach ze schroniska, do którego nawet sama nie jeździła posyłając tam Nieudaczną Staruszkę.
Na grube tematy jeździli Niedoceniony Lider (chłopak, który robił w odziale najwięcej dostawał jakieś ochłapy na jednym z najniższych etatów w Fucku, a Zezowate Szczęście wyciągało ok. 5 tysięcy złotych miesięcznie. Za co pytam grzecznie?) Lojalny Kudłacz i fotograf Tadeusz Serwatka. Krótkoręki Ptaszek podczas swojej nieobecności robił z Zezowatego Szczęście szefową oddziału. Nic krowa nie robiła i wysługiwała się chłopakami więc często dochodziło do kłótni. Ona wolne miała zawsze, a chłopaki czasem nie mogli pojechać nawet na uczelnię albo musieli zapierdalać ze złamaną ręką.
Pewnego dnia zadzwoniła do jednego z chłopaków redaktorka z Warszawy.  Gdy temat pracy został wyczerpany redaktorka powiedziała – No to niezła popijawa wam się dziś szykuje.
- Dlaczego? – zapytał chłopak z oddziału.
- No Feli dziś do was przyjeżdża.
Nikt w oddziale o tym nie wiedział, ale wszystko stało się jasne, bo Zezowatego Szczęścia tego dnia nie było w pracy.
Innym razem pojechała na koncert jednej z najsławniejszych piosenkarek na świecie, który odbył się w Warszawie. Koncert trwał kilka godzin, Zezowate Szczęście wróciło jakoś po tygodniu…
Potem w rozmowie sama przyznała, że się z Kosmatym Felim kilka razy spotkali.
Ważnym wydarzeniem w życiu redakcji z nad morza był ślub Krótkorękiego Ptaszka.
Chłopaki iść nie chcieli, bo nie podobało im się, że Krótkoręki Ptaszek faworyzuje Zezowte Szczęście, a przyciska jedynie ich. Do tego dochodziła komiczna sytuacja. Ministrantem na ślubie był…Kosmaty Feli.
Na miejscu pana młodego bym się nie zgodził żeby gosć, który grzmoci laski na lewo i prawo, mając żonę, pajacował w kościele i udawał jaki to on świętojebliwy.
Po ślubie oczywiście było wesele. Chociaż ochota na zabawę pryskała gdy siedziało się przy jednym stoliku z żoną Kosmatego i mężem Zezowatego widząc ich smutne minu. Smutne dlatego, że gdy Feli ruszył z Zezowatym Śzczęściem w tany to tyle ich widziano. Pieć tańców z podwładną, jeden z żoną. W końcu żona Feliego się popłakała, bo domysliła się o co chodzi. Z kolei mąż Zezowatego Szczęście siedział jak zbity pies. W końcu najzwyczajniej się wkurwił i wyszedł. Zezowate Szczęście pobiegło z nim. A, że chłopu jaj brakowało, to wrócił.
Niedługo potem miała się odbyć impreza urodzinowa gazety.
Zezowate Szczęście nigdy wcześniej nie jeździło na takie imprezy, ale teraz przecież miało do kogo i po co jechać.
I tu znów przekonujemy się o tym, że Zezowate Szczęście cieszyło się większymi przywilejami niż pozostała część nadmorskiego oddziału.
- Chłopaki wy pojedziecie jak zwykle busem i sobie wrócicie, a dla Zezowatego Szczęścia, Kosmaty Feli kazał mi zamówić pokój w hotelu – powiedział ulubiony, chudziutki piesek Kosmatego Feliego.
Impreza się nie odbyła, bo zmarło się słynnemu felietoniście, a z drugiej strony ludzie nie mieli ochoty jechać, bo akurat był to czas obniżek pensji i wyrzucania z pracy “najsłabszych”.
Krótkoręki Ptaszek dopiero gdy zaczął mu się palić grunt pod nogami, odwarzył sie poruszyc temat romansu Zezowatego Szczęścia z Kosmatym Felim. Okazało się bowiem, że Krótkorękiemu Ptaszkowi ucinają kasę z około 6 kołek spadło mu kilka stówek.
Było jakoś przed wszystkimi świętymi. Zezowate Szczęście wzięło dzień urlopu.
Wtedy właśnie do redakcji zawitał Kosmaty Feli. Był wyjątkowo krótko. Jego
wizyta trwała może z 15 minut. Podsunał Krótkorękiemu Ptaszkowi kilka kwitów do podpisania, uspokoił chłopaków, że roboty nie stracą i dał nogę.
Gdy zamkneły się za nim drzwi ktoś rzucił – Pewnie teraz do Zezowatego Szczęścia na ruchanie pojedzie.
- Pewnie tak – odpowiedział smutny Krótkoręki Ptaszek i zapytał. -
Czy ty masz tego maila co Feli pisał do Zezowatego Szczęścia.
- Oczywiście, że mam – odpowiedział lojalny współpracownik.
- To dobrze. Trzymaj go, bo może się niedługo przydać – powiedział Krótkoręki Ptaszek.
Na tarasie Krótkoręki Ptaszek nerwowo paląc papierosa powiedział jeszcze w rozmowie z kimś.
- On na pewno ma tego maila od Feliego? To dobrze. Pamiętajcie o kolegach.
A, czy Krótkoręki Ptaszek pamiętał o swoich “kolegach”? Tylko wtedy na balkonie, jak mu jego ukochany Feli odebrał pieniądze.

Jak potoczyły się dalesze losy Zezowatego Szczęścia i Kosmatego Feliego? Czy krakowski żigolo jest ojcem jej dziecka? Dlaczego w ciągu miesiąca odeszło z najlepszego oddziału ponad połowa pracowników?

O tym dowiecie się w trzeciej i ostatniej części .

Pozdrawiam
Lain

Styczeń 04 2011

Historia trójmiejskiej muszelki Część I.

Taggi : , , , ,

img_061Witam państwa bardzo serdecznie.
Przedstawiać się nie będę, bo najbardziej zainteresowani i tak wiedzą kim jestem. O sobie powiem tylko tyle, że znam “Fucku” od podszewki.
Często przypisujecie liczne romanse pewnemu redaktorowi z Krakowa. W waszych komentarzach pojawia się często piękne słowo “muszelka”, ale szczegółów niewiele.
Ja przedstawię wam prawdziwą historię płomiennego romansu w “Fucku”.

Pozdrawiam

Lain

On wpływowy redaktor z Krakowa. Lubił mydlić oczy podwładnym, a i żadnej szparce nie przepuścił. Ma żonę (Ktoś kiedyś napisał, że jest brzydka, ale ja uważam, że jest całkiem ok) i dzieci, ale to mu w niczym nie przeszkadza. Niech mu będzie Kosmaty Feli.
Ona dziennikarka z oddziału nad wodą. Leniwa i wstydzi się swojego prawdziwego imienia. Ma męża. Fajny koleś z niego, ale rogów mógłby mu pozazdrościć niejeden jeleń. Niech jej będzie Zezowate Szczęście.
Pewnego dnia Kosmaty Feli robił tradycyjne Tour de Pologne. Gdy zawitał nad morze zabrał tamtejszy oddział do knajpy. Wszyscy jedli, pili i dobrze się bawili. Kosmaty Feli przekonywał młodych dziennikarzy, że są przyszłością tej gazety. Wszyscy byli w niego zapatrzeni, śmiali się z jego nawet głupawych żartów, bo przecież to był Feli. Król i największy dobroczyńca w “Fakcie”. Przyklaskiwał mu najbardziej szef oddziału. Niech mu będzie Krótkoręki Ptaszek.
Po kolacji gdy już wszyscy mieli nieźle w czubie przyszło się im rozstać. Wtedy to pierwszy raz Kosmaty Feli i Zezowate Szczęście spotkali się w gorącym uścisku miłości. On nie wiedziała, że to początek romansu, ale największy lowelas w wydawnictwie wiedział, że niebawem zamoczy w jej muszelce.
Pech chciał, że ona ze swoim mężem wyjechała na urlop do kraju późniejszych mistrzów świata. Zrozpaczony Feli wrócił do hotelowego pokoju. Onanizował się z myślą o Zezowatym Szczęściu aż w końcu nie wytrzymał i postanowił powiedzieć jej o wszystkim. A, że chłop pisać potrafi i bajer ma dobry to napisał pięknego maila, którego cytuję w oryginale:

Dobry wieczor, moja UKOCHANA!
Uwaga, zdradzam moje meskie sekrety i pragnienia. Kiedy wrocilem do
hotelu wtedy po tej pieknej chodnikowej randce, bylem oszolomiony i
wniebowziety, ale tez niezwykle podniecony. Bo oto kilka chwil wczesniej
mialem w ramionach piekna kobiete, ktora pozwalala sie przytulac, z
pewna taka niesmialoscia, ale jednak oddawala pocalunki, ktora moglem
przelotnie dotykac po piersiach i klasc rece na biodrach. Przytulalem
kobiete, ktorej zapach zostal mi na rekach. Wciagalem ten zapach jak
jakis opetany. I wiedzialem, ze zaraz zachowam sie jak napalony
nastolatek, ktory niewielkie ma jeszcze doswiadczenia w ars amandi,
bardziej opiera sie na bujnej wyobrazni i czesto musi dawac upust swoim
emocjom. I jako taki nastolatek zaczalem sie zabawiac z samym soba.
Zamykalem oczy i marzylem, ze jestes kolo mnie, ze mnie dotykasz, ze
pozwalasz sie dotykac, ze nie opierasz sie mi i pozwalasz na wszystkie
mozliwe sposoby cieszyc sie soba. I tak napalony na Ciebie musialem w
dosc prosty acz skuteczny sposob troszke obnizyc seksualne napiecie.
Przez sekunde bylo ok, ale sekunde pozniej napadla mnie mysl: – to nie
tak powinno byc, to powinno sie stac z Jej udzialem, albo co najmniej na
Jej oczach.
Kiedy sie obudzilem rano to pierwsza mysl, jaka mnie naszla, poleciala
do tamtego chodnika. Tak potezna mnie zlapala chcica na Ciebie, ze bez
zastanowienia powtorzylem nocny scenariusz. I przyznam Ci sie, ze ciagle
go powtarzam od tamtego czasu, ciagle myslac sobie, ze jestes blisko, ze
oddajesz mi sie.
W swojej chorej i napalonej na Ciebie glowie mam juz ulozony plan na
Warszawe, znaczy gdybys tu przyjechala w ramach poznawania centrali.
Wieczorem po pierwszym dniu zawoze Cie do pokoiku w apartamentowcu,
gdzie z regulu kladziemy naszych gosci. Tylko czekam, zeby zamknac dzrwi
po wejsciu do Twojego pokoju. Tak bardzo glodny Ciebie zaczynam Cie
tulic, calowac, rozbierac. Klade Cie na lozku i dotykam Twoich nog.
Gladzac rozchylam je i z wielka rozkosza zaczynam smakowac Twoja
muszelke. Czuje jak wilgotnieje, jak sie otwiera. Staram sie, aby moj
jezyk wszedl w Ciebie jak najdalej, zeby spenetrowal kazdy kawaleczek
Twojej kobiecosci.
Pozwalasz mi na coraz wiecej i wiecej i wiecej. A potem, gdy juz
pierwszy glod zostanie troszke zaspokojony kladziesz sie kolo mnie,
wtulasz sie pupa, ja oplatam Cie reka i tak zaspoleni odpoczywamy
chwile. A potem sie znowu karmimy. I znowu… . Jak o tym teraz mysle to
mam wrazenie, ze zaraz eksploduje tak sam z siebie, bez zadnego wspomagania.
W moim kosmatym planie sa tez oczywiscie poranne wizyty, zeby Cie zabrac
po drodze do pracy. Ale wczesniej bardzo bym Cie chcial tak pieknie
rozbudzic i pobudzic… .
Kurcze, ale ja jestem pierdolniety. Co Ty sobie o mnie pomyslisz? Lece
bez specjalnej krepacji takim ocierajacym sie o wulgar tekstem. Ale tak
mam, ze co na mysli to na jezyku.
A najwiekszym szczesciem dla mnie bedzie, jak Cie bede mogl zobaczyc i
dotknac. Oby jak najszybciej. Bo tak bardzo za Toba tesknie.
Dobrej nocy, odpocznij przed podroza, jedz szczesliwie i szczesliwie
wracaj. Czekam na Ciebie.
f

Koniec Części Pierwszej.

W “Fucku” jest zasada, że jeśli nie ma zdjęcia, to nie ma tematu. Dlatego
również do tej historii przysyłam Dawidowi fotografie głównych bohaterów.

Grudzień 30 2010

Miłość homoseksualna kontra Jerzy Matlak,

Taggi : , , , , , , , , , , , , , ,

Miłość homoseksualna kontra Jerzy Matlak, a przyszłość polskiej siatkówki kobiet.

W żaden sposób nie potępiamy osób o odmiennej orientacji seksualnej, tym niemniej jest kilka kluczowych spraw które należy wyjaśnić w polskiej siatkówce kobiet…

lesbijkiOd ponad pięciu miesięcy nie ustaje wrzawa wokół osoby Katarzyny Skowrońskiej-Dolaty i powodów niepowołania jej do Reprezentacji Polski Kobiet w Piłce Siatkowej. Niezadowolenie kibiców z wykluczenia tej siatkarki narasta tym bardziej, że wtorkowym (przyp.red.21.12.2010) zwycięstwem Ferenbahçe SK w KMŚ i wyróżnieniem Skowrońskiej tytułami MVP i Best Scorer, Skowrońska umocniła swoją pozycję nie tylko w polskiej siatkówce, ale również na arenie międzynarodowej. Dlaczego zatem trener Matlak postanowił zrezygnować z tak wybitnej zawodniczki, a co stało się największą sensacją jego powołań? I dlaczego anonimowa grupa „kibiców” wystosowała pismo od odwołaniu Matlaka z pozycji trenera Reprezentacji Polski Kobiet w Piłce Siatkowej?
Aby przedstawić obraz zaistniałej sytuacji musimy cofnąć się do przeszłości… Szkoła Mistrzostwa Sportowego PZPS Sosnowiec powstała w 1995r. i umożliwia sportowo uzdolnionej młodzieży zdobycie wykształcenia w zakresie szkoły średniej. W tym celu realizuje program zajęć sportowych i program kształcenia właściwy dla liceum ogólnokształcącego. Tutaj też narodziła się miłość Katarzyny Skorupy i Katarzyny Skowrońskiej. Wydawało się, że po zawarciu związku małżeńskiego Skowrońskiej z Dolatą, miłość dziewczyn umrze śmiercią naturalną. Jednak stało się inaczej, podczas MŚ w Japonii w 2006r., czyli ponad 4 lata temu, miłość między dziewczynami odżyła. Prasa wówczas szeroko rozpisywała się na temat odsunięcia trenera Niemczyka a nie o samej kadrze i jej problemach. Również problemy zdrowotne Katarzyny Skorupy, która wówczas „chorowała” odeszły na dalszy plan.
W tym roku odbyło się kolejne Grand Prix z udziałem naszych siatkarek. Jak jest wiadome, Katarzyna Skorupa była zwolniona ze względów zdrowotnych. Jednak, gdy tylko się dowiedziała, że Skowrońska leci na GP skontaktowała się z Matlakiem i powiedziała, że odbyła badania w Krakowie, a tam stwierdzili, że może grać. Wobec powyższego obie zawodniczki znów były razem ale tylko w sensie prywatnym, gdyż pod względem sportowym nie istniały, to znaczy ani Skowrońska ani Skorupa niczego pozytywnego na GP nie zaprezentowały. Matlak nie miał zamiaru rezygnować ze Skowrońskiej, jednak jej słaba forma wynikająca z nieprzespanych nocy i poranne rozdrażnienia działały na szkodę reprezentacji i stały się jedynym powodem niepowołania jej do kadry.

Sama Skowrońska brak powołania komentowała, że „była zaskoczona” oraz wyjaśniała, że „jej niedyspozycja była wynikiem stresu”. Wobec nieprofesjonalizmu dziewczyn, które nie potrafiły opanować miłości do siebie, a co rzutowało na ich formę sportową, po powrocie do Szczyrku Matlak postanowił postawić na młodą Wołosz na rozegraniu oraz na Glinkę na przyjęciu i Kaczor w ataku. Kwestię niepowołania Skowrońskiej do reprezentacji skomentował m.in. Wojciech Drzyzga i Jakub Bednaruk w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem. Drzyzga: „Coś niedobrego dzieje się w reprezentacji żeńskiej i niewiadomo z jakiego powodu. Coś mi mówi, że jest tam trzecie dno. Nie rezygnuje się z takich zawodniczek bez powodu”. Bednaruk: „Trener musi sobie zdawać sprawę, że w razie niepowodzenia na pierwszym planie będzie sprawa Skowrońskiej i Skorupy”.
Wspomnijmy jeszcze, że na samym początku przygotowań, było wiadomo, że Skowrońska wraca do reprezentacji, aby wprowadzić swojego męża – Jakuba Dolatę ze swoim życiowym partnerem (młodym Rogazionim) do nowych dziewczyn w reprezentacji. Matlak chciał ten temat uciąć na początku, aby sprawy męża Dolaty nie wpływały na reprezentację, ale się nie udało. Mąż Skowrońskiej kaperował dziewczyny, a kiedy skończył się szał na Skowrońską, został odprawiony z kwitkiem. Jest zatem oczywiste, że wobec blokady męża przy reprezentacji oraz jej niedyspozycji sportowej, Skowrońska zaczęła niepochlebnie wyrażać się o Matlaku za wykluczenie jej z reprezentacji. Stąd właśnie jej wypowiedzi i wystąpienia o tym, że „już nigdy nie zagra w reprezentacji jeśli trenerem będzie Matlak”. A rzekome „protesty kibiców” dotyczące odwołania Matlaka z pozycji trenera reprezentacji kobiet zostały spreparowane i miały na celu zepchnięcie Matlaka do defensywy.
Nie ulega wątpliwości, że polska siatkówka ma się źle. Tym bardziej, że w PZPS i innych strukturach odpowiedzialnych za obie reprezentacje brak jest osób kompetentnych, charyzmatycznych, odznaczających się autorytetem, a którzy to byliby w stanie pociągnąć polską siatkówkę do sukcesów i zwycięstw. Wygląda na to, że PZPS ma ogromny orzech do zgryzienia, musi bowiem znaleźć rozwiązanie, aby w przyszłości orientacja seksualna nie wpływała na formę sportową siatkarek czy siatkarzy, a trenerzy nie stali się kozłami ofiarnymi. Quo Vadis polska siatkówko?…

Mirosław Przedpolaniecki

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ