Redaktor Franek Robert (Franek to imię, Robert to nazwisko – jak ogłaszał w komunikacie w swojej komórce) usiadł ciężko w fotelu. Był naprawdę zmęczony. Cały długi tydzień użerania się z tą hałastrą. Koszmar! Bałwany nie potrafią słowa złożyć po polsku i on musi pilnować, żeby ta cała maszyneria kręciła się, jak należy! Taka rola to wielka misja, ale bywa to męczące.
Chociażby dziś – ten gamoń z Krakowa znowu pomylił osobę podejrzewaną z obobą podejrzaną i zarzuty z aktem oskarżenia! I znowu musiał wkroczyć red. Franek Robert i zrobić porządek. I znowu okazało się, że fota podejrzanego to zdjątko faceta z ulicy! Redaktor Robert schował twarz w dłoniach. Czuł się bardzo zmęczony.
Jeszcze ta głupia Anka z Gliwic! Przegięła maksymalnie! On jej pisał o niewątpliwych walorach jej muszelki, a ta pinda zaczęła pyszczyć o jakimś wykorzystywaniu seksualnym! Boże, co za czasy! Kiedyś starczyło takiej psiucie z Wólki Wielkiej czy innego Poznania napisać, że może ją weźmie do Warszawy na redaktorkę i było jechane! Teraz smarkula zaczyna bredzić coś o prawach człowieka, o godności itd… „Kryzys kurwa we wszystkim” westchnął red. Robert. Podszedł do szafki, wyciągnął butelczynę z brązowawym trunkiem. Nalał pełną szklankę, wypił wszystko duszkiem. Potem jeszcze raz…
Z odrętwienia obudził go czyjś głos, wymawiający głośno jego imię i nazwisko.
– O co chodzi?! Kto pani pozwolił wchodzić bez pukania do mojego gabinetu?! Ja wezwę ochronę, ja… – głos uwiązł mu w krtani.
Kobieta stojąca w gabinecie patrzyła na niego badawczo. Wiało od niej chłodem. Redaktor Robert czuł wszystkimi zmysłami, że nie jest w stanie na nią krzyczeć. Nie może jej zmusić do czegokolwiek. Poczucie bezsilności sprawiało, że miotała nim na przemian furia i dziki, zwierzęcy strach. Te czarne, świdrujące oczy… Kim u licha była ta baba?!
- Wiesz, kim jestem. Przyjdę po ciebie równo za rok. A teraz zabieram cię na spacer – głos otulonej w ciemną pelerynę kobiety powiał lodowatym chłodem.
Red. Robert zobaczył rozpadającą się chatę nad jeziorem. Podszedł do okna. W izbie, przy ledwo tlącym się kominku, siedziała matka i dwóch synów. Wszyscy mieli posępne, zamyślone twarze.
- Zapamiętajcie ojca, jako porządnego człowieka. On chciał, żebyśmy mieli co jeść – głos kobiety był ledwo słyszalny, załamywał się. Zapadła głucha cisza. Młodzi chłopcy tępo patrzyli w ledwo tlący się ogień. Starszy mógł mieć 16 lat, młodszy – około 10.
- To po cholerę mówił Faktowi, że mamy jezioro wódki?! Czy on na głowę upadł?! – nie wytrzymał starszy.
- Przecież sam wiesz, że nie mieliśmy pracy. A ten redaktorek dawał stówę. To dużo pieniędzy – tłumaczyła beznamiętnie matka.
- A w dupę niech sobie wsadzi te pieniądze! Ja teraz nie mam taty! – rozpłakał się młodszy z synów.
Red. Robert rozejrzał się niespokojnie. Tajemnicza pani stała o kilka kroków od niego.
- O co im chodzi? Przecież dostali kasę – wyszeptał redaktor.
- Stali się pośmiewiskiem całej okolicy. Nie wiedziałeś o tym? Ojciec tych dzieci szukał pracy, gdzie tylko mógł. I wszędzie wyśmiewali go, że może sprzedawać wódkę ze swojego jeziora. Nie wytrzymał tego i powiesił się. Pamiętasz, kto wysyłał dziennikarza do tej rodziny? Kto wymyślił ten temat? – pytania kobiety smagały, niczym bicz.
Malutkie mieszkanko w bloku. Przy stole siedzi mężczyzna w średnim wieku. Pije wódkę. Pierwszy kieliszek, drugi, kolejny… Red. Robert zna jego twarz. Skąd? Nie pamięta… Chociaż… Zaraz, zaraz. Czy to nie jest ten pedofil z Łodzi? Ten, co go wypirdzielili z pracy po artykule w Fakcie? Tak, to on…
- Co on robi, czy jego porąbało?! Dlaczego on staje w oknie?! – red. Robert pyta tajemniczą panią.
- Bo zrobiliście z niego bydlaka w milionie egzemplarzy. Zdradzę ci, że za tydzień policja złapie prawdziwego pedofila… Ale to będzie dopiero za tydzień. Za długo, aby czekać na newsa – głos tajemniczej pani zabrzmiał szyderczo.
- Co on robi?! Kurwa, człowieku! Poczekaj tydzień! Pomyliliśmy się! Sorki! No kurwa nie wydziwiaj, co ty robisz?! – krzyczał red. Robert w zapamiętaniu.
- On cię nie słyszy. Nie zmienisz biegu zdarzeń – szepnęła tajemnicza pani.
Domek w podwarszawskiej wsi. W drzwiach staje młody chłopak z rozwichrzonymi włosami. Nieprzytomnym wzrokiem szuka kogoś w izbie. W końcu zobaczył młodziutką, przerażoną Anię, chowającą się za stołem.
- Ty kurwo jedna! To po toś do Warszawy jeździła, żebyś bachora przywiozła?! A coś mi przysięgała?! – młodzieniec krzyczał w zapamiętaniu.
- Antek, wybacz! To nie moja wina! To ten gnojek Robert mnie zgwałcił! Kto by uwierzył, że nie chciałam?! – dziewczyna zaczęła płakać.
Red. Robert rozejrzał się niespokojnie. Natrafił na stalowy wzrok tajemniczej pani. „To nieprawda” – wyszeptał chrapliwie.
- Ty wiesz, jak było naprawdę. I ja też wiem – odparła.
- Ja mam naprawdę dobre strony! Takiego Malinowskiego ostatnio zatrudniłem. On mnie wychwala pod niebiosa za robotę – rzucił red. Robert.
- Naprawdę tak myślisz? – rzuciła drwiąco tajemnicza pani.
I red. Robert zobaczył mały, wynajmowany pokoik świeżo upieczonego redaktora Malinowskiego. On właśnie rozmawiał z żoną.
- I co, dali ci robotę? – pyta kobieta.
- Dostałem, ale ten skurwiel dał mi 1,5 tys. na rękę – rzucił zdenerwowany Malinowski.
- To gnojek! Niechby sam spróbował przeżyć za te pieniądze! Ale nie zaprzątajmy sobie głowy gnidami. Siadaj do Wigilii. Przygotowałam ją specjalnie dla ciebie. Red. Robert niech ma własne piekiełko… – skwitowała kobieta.
Red. Robert popatrzył na tajemniczą panią. Chciał coś powiedzieć, ale słowa nie chciały popłynąć. Zobaczył inny świat. Taki, którego istnienia nawet się nie spodziewał. Westchnął i… zapłakał…
Następnego dnia obudził się przed piątą. Nie mógł doczekać się początku pracy. Podszedł do recepcjonistki i… przeprosił ją. Napisał oświadczenie, że jest bydlakiem, który zgwałcił niewinną dziewczynę i teraz bierze na siebie cały ciężar odpowiedzialności. Czuł się lekko, podpisując taki cyrograf. Podszedł do Malinowskiego.
- Wiesz co, zaproponowałem ci za mało. Dostaniesz cztery tysie na rękę, to będzie OK.? – zapytał beztrosko.
Malinowski otworzył usta ze zdziwienia. Kiwnął potakująco głową, ale nie był w stanie przemówić. Kolegium redakcyjne. Redaktor Robert odrzucił dwa tematy z powodu zbyt słabych dowodów. Jeden polityk nie został alkoholikiem, pewna pani nie została cichodajką.
Po kolegium Red. Nacz. Wezwał red. Roberta do siebie. Porozmawiali. To. Co usłyszał, utwierdziło Red. Nacza. W decyzji.
- Stary, sorki, to nic prywatnego. Nie zatrudniliśmy cię tu, żebyś czuł i myślał. Na etacie kapo pracujesz, jako kapo, nie rozumiesz?! – wywrzaskiwał Red. Nacz.
A red. Robert nie rozumiał. I może dobrze… Stracił pracę w Fakcie, ale po raz pierwszy od wielu lat zaczął zerkać w lustro. I widział swoje odbicie…
Dawid