Grudzień 31 2009

Tego życzymy Wydawcom…

Taggi : , , , , ,

sylwester2010Z okazji zbliżającego się Roku 2010 życzymy nam wszystkim szacunku do siebie nawzajem, do swojej pracy, do swoich czytelników. Niech ten rok będzie lepszy od poprzedniego. Niech nam wszystkim przyniesie mnóstwo powodów do zadowolenia – z siebie, z działań zwierzchników, ze zmieniającej się na normalniejszą sytuacji dziennikarzy w Polsce. Dla Wydawców mamy prezent specjalny, nadesłany przez “55”. Dla Wydawców to prezent, dla nas – jedyna szansa…

Dawid i przyjaciele

Jak się bronić wobec wykorzystywania wydawców?
Wystarczy spojrzeć na wzorce z zachodu: jedyna sensowa odpowiedź, to związki zawodowe.
Owszem, wobec trudnej sytuacji wydawniczej tamci dziennikarze i fotografowie także dostają bęcki, ale mimo wszystko wydawcy liczą się z ich siłą. Choć w Polce trudno w to uwierzyć, są europejskie kraje, gdzie stawki za artykuły czy zdjęcia są godziwe, poniżej pewnego minimum zejść nie można.
Dlaczego zatem u nas nie jest o możliwe? Cóż, płacimy za historię i za skutki transformacji. Wielu młodym, prężnym, młodym gniewnym, a to jest siła robocza wielu redakcji, związki wydają się jakimś komunistycznym reliktem…
Tak jednak nie musi być.
Trzeba tylko kilku kwestii pilnować. Ważne jest aby związku nie założył jakiś cwany leser, bo zapłacą za to wszyscy. Związek nie ma służyć do tego, by się dekować od roboty, tylko by nie pozwalać krzywdzić pracowników.
W Fakcie nikt o związkach nie pomyślał. A szkoda.

Koleżanki i koledzy z Axla – gorąco was namawiam, razem możecie być silniejsi. Pomyślcie, czy nie warto założyć związku u siebie.
Pomyślcie o swoich prawach, swoich pieniądzach, emeryturach, których się Was pozbawia zatrudniając na ryczałtach. Obcina się wam wierszówki. Z silnym związkiem możecie więcej.

Jednak nie dajcie się cwaniakom wpuścić w maliny. Przykład cwaniactwa w związkach to historia starego superexpressu. Związki były dwa:
Pierwszy chyba OPZZ albo cos takiego. Założony przez Mirę Suchodolską w Katowicach.
Mira Suchodolska, kobieta z charakteru ostra i nieustępliwa, na szefową związków nadawała się świetnie. Związek jednak nienazwiązkował za dużo. W zasadzie po założeniu było o nim cicho, a potem Suchodolska dostała desant do Warszawki i wynajęte na koszt redakcji duże służbowe mieszkanie. Sprowadziła się tu wraz z rodziną, synem i partnerem fotografem Mirkiem Noworytą, który także dostał zatrudnienie w Warszawie. Suchodolska była reporterką Weekendu, piątkowego magazynu superaka, a potem zajmowała stanowiska redaktorskie i chyba nawet z czasem została kierowniczką czegoś tam.
Prawda, że ślicznie?
Drugi związek Solidarność, zakładał wspomniany już na tym blogu niejaki Dariusz Rostkowski. Dokooptował sobie śp. Bogdana Maciejewskiego i żonę Jacka Kuronia, Danutę Kuroń, która była redaktorką Weekendu. Kuroniowa była tutaj figurą mityczno-symboliczną, ale wszystko organizował Rostkowski. Przychodził do nas do krajowego i do warszawskiego i namawiał, ogłoszenia wieszał…
Gdy związek wystartował, z czasem założyciele stali się nietykalni, o związku zrobiło się cicho. Rostkowski miał miłą pensję i od czasu do czasu mógł zabumelować, (robił to potem nawet jako szef warszawskiego) z tego był znany, Maciejewski miał parasol do swojej emerytury, co było priorytetem, Kuroniowa czuła się przyzwoicie, i taki to był związek. Niedługo potem ona zresztą odeszła gdzie indziej.
Potem już nikt nie próbował, a luzie uwierzyli, że są od tego, by być trzymanymi za mordę.
Tak jednak nie jest.
Pierwsze co możemy zrobić, dla naszego wspólnego dobra, niezależnie gdzie pracujemy, to popracować nad mentalną zmianą dotyczącą myślenia o związkach. Dobrze byłoby zatem sięgnąć do przykładów z zachodu, nieskażonych komuną.
Możemy podawać takie wzorce, rozmowy, wywiady…
Jeśli ludzie z faka uwierzą, że mogą założyć sensowny związek i zrobią to, wówczas będzie w redakcji/wydawnictwie siła zdolna przemocy postawić kontrę.

Drugą rzecz, którą warto zrobić, to opublikować w zakładce przepisy pracownicze i adresy, gdzie zgłaszać mobbing, przemoc, molestowanie, jakie są przepisy, co może PIP – dac taki poradnik.
Pozdrawiam, uczy do góry, będzie dobrze!

Grudzień 30 2009

Szybkim Kontkiem do kadr

Taggi : , , , , ,

Poniżej przytaczam historię z komentarzy. Ku przestrodze, że czasem lepiej usiąść i pomyśleć chwilkę, zamiast gnać na oślep i popełniać, nazwijmy to, błędy.

Dawid

bulba napisał…

Witam serdecznie wszystkich

Życzę powodzenia blogowi i blogowiczom. Na początku życzenia imieninowe dla Dawida

I do rzeczy: chcę przypomnieć pewną historię, znaną ludziom z czasów gdy ta gazeta powstawała. Sprawa dotyczy niewyobrażalnego chamstwa i prostactwa wobec jednej z ważniejszych ówczesnych redaktorek.
Już w owym czasie kobiety, zwłaszcza ładne kobiety, zwłaszcza ładne kobiety na wyższych stanowiskach (lub takie które miały aspiracje) miały poważne problemy z nękaniem przez pewne zakompleksione jednostki. To było znane, o tym się szeptało.
Wspomniana redaktorka tego nie wytrzymała, powiedziała dość.
Cóż, jaka była odpowiedź redakcji? Pozbawienie miejsca pracy!
Ale nie wyrzucenie, nie zwolnienie, tylko zabranie biurka i komputera, i zero informacji o co chodzi! Gdy pytała, góra udawała, że nie wie, że kto inny, nieuchwytni, czeski niemy film.
Cóż, już wtedy znane były zagrywki naczelnego i łatwo było zgadnąć, że to prowokacja, mająca doprowadzić do dyscyplinarnego zwolnienia z powodu nie świadczenia pracy.
Sprawa w owym czasie była w Fakcie powszechnie znana, mówiło się o tym po cichu. Kobieta była inteligentna, przejrzała zagrywkę szefostwa, i z sąsiednich redakcji codziennie wysyłała maile i faksy do działu kadr, informując, że jest na miejscu, że jest gotowa do świadczenia pracy i prosi o wskazanie stanowiska pracy.
Nawet nie pytajcie co myślały o bydlackich zagrywkach kadrowe, one same chyba były zastraszone i spełniały wszystkie polecenia. Ale przyjąć oświadczenia o gotowości do pracy zarówno mailowe, faksowe jak i pisemne osobiście musiały.
I tak minęło kilka dni.
Po kilku dniach, gdy redaktorka szła do działu kadr z kolejnym oświadczeniem że jest gotowa do świadczenia pracy, szefostwo już miało dla niej zwolnienie dyscyplinarne.
Do działu kadr poleciał ze zwolnieniem Kontek Tomasz.
Teraz uważajcie, będzie najlepsze,

współczując kobiecie, cała redakcja się śmiała po kontkach z tej debilnej zagrywki Kontka.
Bo gdy ona szła z pismem, że jest gotowa świadczyć pracę, za nią szedł Kontek. I wymyślił sobie, że jego pismo będzie ważne, a jej nie, jeśli do działu Kadr on, Tomasz Kontek dotrze przed nią. I zaczął biec. Tak biegł korytarzem, że mało zadyszki nie dostał, byle ją wyprzedzić i pismo naczelnych wręczyć kadrowej jako pierwszy.
Ile lat musiał się cofnąć mentalnie w rozwoju, żeby uznać, że prędkość biegu jest ważniejsza od przepisów prawnych? Do czasów jakiego pitekantropa? Pitekantropa Faktusa Kontkusa?

W każdym razie przybiegł pierwszy i był z siebie dumny. Spisał się. Może liczył na cucu od Jankowskiego? Ale się przeliczył, bo wspomniana kobieta wytoczyła proces.
Wiem, że Jankowski rozpoczął swoją starą zagrywkę – dążenie do ugody.
Straciłam potem kontakt z redakcją i ludźmi z tej redakcji i nie wiem czy zapadł wyrok normalny czy była ugoda, ale wiem, że redakcję trochę to kosztowało. Czyli Kontek biegał niepotrzebnie, no ale tak to jest, jak ktoś nie ma w głowie to musi mieć w nogach.
Ponoć ta kobieta wciąż pracuje w branży i starsi stażem ludzie z redakcji z pewnością wiedzą o kogo chodzi i pewnie wiedzą gdzie można ją znaleźć. Może by ją znaleźć by sama opisała co jej się przytrafiło?

Napisane: 29 gru 2009 o 22:56

Grudzień 20 2009

Zróbmy ranking oszustów

Taggi : , , , , , , , , ,

Zróbmy ranking oszustów!padalec roku

Część z Was już odwiedziła naszą nową zakładkę PADALEC ROKU. Tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, zapraszam. Chcemy z Waszą pomocą stworzyć ranking oszustów medialnych.

Tych wydawców, redaktorów, którzy oszukują dziennikarzy, kiedy płacą grosze (lub wcale nie płacą) za wykonaną (a wcześniej zamówioną) pracę.

Oszukują nas i Odbiorców, jeżeli bez konsultacji z autorem ingerują w nadesłany do redakcji materiał prasowy. Pokażmy liderów takich zagrań, niech nie kryją się w wygodnych fotelach za redakcyjnym biurkiem! Swoje typowania przesyłajcie na antyfakt@gmail.com W tytule koniecznie RANKING

Pierwsze typowania już nadeszły. Stopniowo I konsekwentnie będziemy publikować nazwiska liderów poszczególnych konkurencji, nazwy redakcji. Ktoś pięknie podsumował to w komentarzach “Może komuś zrobi się normalnie po ludzku wstyd I zacznie się zachowywać normalnie po ludzku”. To zdanie oddaje cały sens funkcjonowania naszego rankingu. I odnośnik do kolejnego komentarza, tym razem o publicznym zgłoszeniu do Państwowej Inspekcji Pracy. Jeżeli ten urząd sam z siebie nie zainteresuje się wynikami rankingu I innymi fragmentami bloga – zwrócimu mu na to uwagę…

Jednocześnie chcemy też zabezpieczyć potencjalnych liderów rankingu przed niesłusznym atakiem. Wpiszemy w wynikach nazwisko lidera czy nazwę redakcji dopiero, kiedy na adres antyfakt@gmail.com przyjdą trzy zgłoszenia z trzech różnych adresów mailowych. Chcemy w ten sposób ograniczyć przypadkowość ataku czy małą, prywatną zemstę kogokolwiek. Nie jest to oczywiście zabezpieczenie 100-procentowe. Zawsze można założyć trzy skrzynki mailowe. Myślę jednak, że ilość głosów oddanych po publikacji na konkretne nazwisko czy redakcję skutecznie zweryfikuje prawdziwość twierdzeń zgłaszającego.

Ranking prowadzimy w VI kategoriach (patrz poniżej). Niechlubni zwycięzcy (ci, którzy zbiorą najwięcej głosów) zyskają zaszczytny tytuł PADALCA ROKU. Dostaną od nas oficjalny dokument, który można będzie wydrukować I powiesić nad biurkiem. Głosujcie na swoich “faworytów”!!!

Kategorie rankingu na PADALCA ROKU:

1. Nie zapłacił (-a) po zamówionym i wykonanym materiale prasowym:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

2. Zapłacił (-a) mniej po zamówionym i wykonanym materiale prasowym:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

3. Zmienił (-a) mój materiał prasowy bez konsultacji:

(imię i nazwisko redaktora, tytuł prasowy)

4. Ten tytuł nie zapłacił za publikację moich materiałów prasowych:

(nazwa redakcji)

5. Ten tytuł zapłacił po długim czasie za publikację moich materiałów prasowych:

(nazwa redakcji)

6. Tu płacą najmniej:

(nazwa redakcji, za co, kwota)

Czekamy na kolejne zgłoszenia. Nam wszystkim możemy życzyć jednego – oby kiedyś nastał czas, że zabraknie kandydatów do takiego tytułu… Przepraszam, rozmarzyłem się.

Dawid

Grudzień 16 2009

Zrobili mnie w tabloid

Taggi : , , , , , , , , , , , , ,

Dwie kolejne niespodzianki świąteczne to historie nadesłane na antyfakt@gmail.com Nie wymagają komentarzy…
Dawid i przyjaciele

Jak „nazwalam” w Fakcie Edytę Górniak psychopatką
Byłam kiedyś naczelną pisma dla rodziców, a akurat wtedy Edyta Górniak, walczyła z tabloidami i zamieściła na swojej stronie zdjęcie swojego małego synka, który miał całą pupę w kupie.

Zadzwonił do mnie dziennikarz Faktu z prośbą o komentarz. Powiedziałam, że z pewnością nie zrobiła dobrze, bo kiedyś jej synowi, gdy znajdzie to zdjęcie w sieci, może być przykro, że takie zdjęcie kursuje po świecie. Może się czuć tym zawstydzony i zażenowany.

Mój komentarz dostałam mejlem do autoryzacji, bo zażądałam tego. Autoryzowałam go, również mejlem. Następnego dnia mało nie zemdlałam, jak przeczytałam, że rzekomo mówię o Górniak: Taka matka to psychopatka. Dziennikarz nie odbieral ode mnie telefonu, oczywiście.
Beata Banecka

Mój ojciec, gdy został ministrem, zaczął dostawać pogróżki – pocztą, a nawet telefonicznie, dzwonili do domu, na zastrzeżony numer telefonu. Ponieważ w domu jest dziecko, które wysłuchiwało tych psycholi nagrywających się z wulgaryzmami i bluzgami na sekretarkę, ojciec zawiadomił policję. Zostałam wezwana na przesłuchanie jako córka – policja chciała wiedzieć, czy nie mam żadnych wrogów itp.

W Pałacu Mostowskich spotkałam na korytarzu dziennikarza X, w tym czasie pracującego w Superaku. Zapytał, co tu robię, odpowiedziałam, że byłam na przesłuchaniu w związku z groźbami wobec mojego ojca. Oczywiście, następnego dnia w Superaku wywalony artykuł na całą stronę, a tytuł brzmi: Czuma: Boję się o własne życie. Ten reporter oczywiście nawet nie rozmawiał z moim ojcem. Wcześniej to był rzetelny dziennikarz, pracował w moim zespole w poważnym dzienniku. Co się z nim stało, jak przeszedł do Superaka? Poddali go praniu mózgu?

Grudzień 15 2009

Trzy gwiazdkowe prezenty

Pierwszym gwiazdkowym prezentem pod choinkę dla Wydawców prasy jest strona wolna od neocenzury!!! Stworzyliśmy ją gdzieś daleko, pod słońcem tropików. Ta strona ma stać się strefą wolnej wymiany myśli. Tam już nikt nie wykasuje zdjęć, nie zabroni rozpowszechniania filmu, nie pozna “swoimi sposobami” IP komputerów osób komentujących czy opisujących swoje historie. Zapraszamy na stronę


http://fakt.brukowiec-story.com/

Na razie to niemal lustrzane odbicie tego bloga. Stopniowo będziemy ją rozbudowywać – z Waszą pomocą.

Dwie kolejne niespodzianki świąteczne to historie nadesłane na antyfakt@gmail.com Nie wymagają komentarzy…
Dawid i przyjaciele

Jak „nazwalam” w Fakcie Edytę Górniak psychopatką
Byłam kiedyś naczelną pisma dla rodziców, a akurat wtedy Edyta Górniak, walczyła z tabloidami i zamieściła na swojej stronie zdjęcie swojego małego synka, który miał całą pupę w kupie. Zadzwonił do mnie dziennikarz Faktu z prośbą o komentarz. Powiedziałam, że z pewnością nie zrobiła dobrze, bo kiedyś jej synowi, gdy znajdzie to zdjęcie w sieci, może być przykro, że takie zdjęcie kursuje po świecie. Może się czuć tym zawstydzony i zażenowany. Mój komentarz dostałam mejlem do autoryzacji, bo zażądałam tego. Autoryzowałam go, również mejlem. Następnego dnia mało nie zemdlałam, jak przeczytałam, że rzekomo mówię o Górniak: Taka matka to psychopatka. Dziennikarz nie odbieral ode mnie telefonu, oczywiście.
Beata Banecka

Mój ojciec, gdy został ministrem, zaczął dostawać pogróżki – pocztą, a nawet telefonicznie, dzwonili do domu, na zastrzeżony numer telefonu. Ponieważ w domu jest dziecko, które wysłuchiwało tych psycholi nagrywających się z wulgaryzmami i bluzgami na sekretarkę, ojciec zawiadomił policję. Zostałam wezwana na przesłuchanie jako córka – policja chciała wiedzieć, czy nie mam żadnych wrogów itp. W Pałacu Mostowskich spotkałam na korytarzu dziennikarza X, w tym czasie pracującego w Superaku. Zapytał, co tu robię, odpowiedziałam, że byłam na przesłuchaniu w związku z groźbami wobec mojego ojca. Oczywiście, następnego dnia w Superaku wywalony artykuł na całą stronę, a tytuł brzmi: Czuma: Boję się o własne życie. Ten reporter oczywiście nawet nie rozmawiał z moim ojcem. Wcześniej to był rzetelny dziennikarz, pracował w moim zespole w poważnym dzienniku. Co się z nim stało, jak przeszedł do Superaka? Poddali go praniu mózgu?

Grudzień 15 2009

Góralska prawda mediów


Obrazkiem do dzisiejszego odcinka jest „kolejny sukces Faktu”. „Zabraliśmy bony premierowi!” krzyczy jedna okładka. „Zabraliśmy prezydentowi 4 mln!” wrzeszczy inna. Czy tak jest w istocie? Czy tylko Fakt pisał o tych sprawach? Absolutnie nie! Inne tytuły też rozpisywały się na ten temat. Tytuł chwytliwy, a „głupi lud to kupi”. To właśnie Fakt dzięki temu tytułowi awansuje do roli obrońców podatnika. Czy tak jest w istocie?

Być może w przypadku kogoś, kto czyta tylko i wyłącznie Fakt tak będzie. Dziś jednak o tak wiernego czytelnika niezwykle trudno. W dobie Internetu, portali informacyjnych, niezależnych telewizji internetowych, znacznie trudniej wmówić ludziom tzw. góralską prawdę. Zawsze istnieje możliwość konfrontacji tej informacji z innym źródłem. Wiarygodność traci jednak nie tylko ten jeden konkretny tytuł.

Odbiorcy, którzy raz samodzielnie wykryją fałsz w przekazie medialnym, przestają ufać Słowu, Obrazowi. Celowo używam wielkich liter – czy nie o prawdziwy obraz i słowo chodziło w walce z komunistyczną cenzurą? Czy to nie było najistotniejsze?

Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają napisy na murach „telewizja kłamie”. Wtedy było to oczywiste i jednoznacznie pejoratywne. Dziś kłamią artykuły prasowe. Telewizyjne audycje pokazują nieprawdziwy obraz świata – czyli też kłamią! Dlaczego dziś na murach nie pokazują się takie napisy? Myślę, że prawda może być okrutna dla nas, dziennikarzy – po prostu odbiorca (czytelnik, słuchacz, widz) przyjął jako normę, że media muszą kłamać.

Świat medialny od rzeczywistego dzieli przepaść i tu jest problem. Dla przykładu – co łatwiej umieścić w gazecie: reportaż o genialnym polskim wynalazcy czy kryminał typu „zarżnął żonę i sam się powiesił”? Albo materiał o sukcesie grupy bezrobotnych, którzy sami sobie stworzyli miejsca pracy czy materiał o pedofilu gwałcącym po kolei wszystkie córki?

Moim zdaniem to właśnie zakłamywanie rzeczywistości. Niby prawda, bo coś takiego przecież się wydarzyło. W istocie to góralska prawda, bo świat przedstawiony jest tylko z tej jednej, jak najgorszej strony. Wszystko w myśl zaleceń marketingowych mądrali uznających, że nic tak nie ożywia czołówki, jak świeży trup. Takie podejście sprowadza dziennikarzy do roli autorów kronik kryminalnych, a przecież chyba nie o to chodzi.

Nie przyjmuję argumentu typu „ludzie chcą czytać o tragediach” czy „społeczeństwo ma prawo wiedzieć”, „społeczeństwo tego właśnie od nas żąda”. Kto kogo upoważnił do wypowiadania się w zastępstwie całego społeczeństwa? Jeżeli jakiś procent ogółu chce czytać tylko o potwornościach świata tego, jakim prawem media fundują gorzką pigułkę wszystkim? Patrząc z innej strony – co będzie, jeśli nasze społeczeństwo zdominują dewianci? Czy wtedy media w imię misji społecznej zaczną donosić o nowych szczegółach z zakresu seksu ze zwierzętami? Bo społeczeństwo tego od nas żąda?

Myślę, że tu powinien funkcjonować mechanizm odpowiedzialności wydawców (nie tylko dziennikarzy). To wydawca decyduje ostatecznie o kształcie gazety, radia, tv. I to na wydawcy spoczywa największy ciężar takiej odpowiedzialności społecznej. Myślenie nie tylko w kategoriach biznesu medialnego, własnej kariery. Sprzedaż Słowa czy Obrazu to nie to samo, co sprzedaż pietruszki na rynku. Do tej roli wielu wydawców nie dorosło. Niestety, nie myślę tu tylko o Fakcie.

Jeszcze parę słów na koniec, całkiem z innej beczki. Cieszę się, że w komentarzach zaczyna przeważać chęć dyskusji, wypowiedzenia swojego zdania w konkretnej sprawie. O to nam chodziło. Wasze komentarze stanowią integralną, bardzo ważną część tego bloga. Nie od dziś w końcu wiadomo, że zebrane w jednym miejscu poszczególne składniki wiedzy rozproszonej w sumie dają o wiele szerszy, bardziej prawdziwy obraz.
Dawid

Grudzień 15 2009

Góralska prawda mediów


Obrazkiem do dzisiejszego odcinka jest „kolejny sukces Faktu”. „Zabraliśmy bony premierowi!” krzyczy jedna okładka. „Zabraliśmy prezydentowi 4 mln!” wrzeszczy inna. Czy tak jest w istocie? Czy tylko Fakt pisał o tych sprawach? Absolutnie nie! Inne tytuły też rozpisywały się na ten temat. Tytuł chwytliwy, a „głupi lud to kupi”. To właśnie Fakt dzięki temu tytułowi awansuje do roli obrońców podatnika. Czy tak jest w istocie?
Być może w przypadku kogoś, kto czyta tylko i wyłącznie Fakt tak będzie. Dziś jednak o tak wiernego czytelnika niezwykle trudno. W dobie Internetu, portali informacyjnych, niezależnych telewizji internetowych, znacznie trudniej wmówić ludziom tzw. góralską prawdę. Zawsze istnieje możliwość konfrontacji tej informacji z innym źródłem. Wiarygodność traci jednak nie tylko ten jeden konkretny tytuł.
Odbiorcy, którzy raz samodzielnie wykryją fałsz w przekazie medialnym, przestają ufać Słowu, Obrazowi. Celowo używam wielkich liter – czy nie o prawdziwy obraz i słowo chodziło w walce z komunistyczną cenzurą? Czy to nie było najistotniejsze?
Niektórzy pewnie jeszcze pamiętają napisy na murach „telewizja kłamie”. Wtedy było to oczywiste i jednoznacznie pejoratywne. Dziś kłamią artykuły prasowe. Telewizyjne audycje pokazują nieprawdziwy obraz świata – czyli też kłamią! Dlaczego dziś na murach nie pokazują się takie napisy? Myślę, że prawda może być okrutna dla nas, dziennikarzy – po prostu odbiorca (czytelnik, słuchacz, widz) przyjął jako normę, że media muszą kłamać. Świat medialny od rzeczywistego dzieli przepaść i tu jest problem. Dla przykładu – co łatwiej umieścić w gazecie: reportaż o genialnym polskim wynalazcy czy kryminał typu „zarżnął żonę i sam się powiesił”? Albo materiał o sukcesie grupy bezrobotnych, którzy sami sobie stworzyli miejsca pracy czy materiał o pedofilu gwałcącym po kolei wszystkie córki?
Moim zdaniem to właśnie zakłamywanie rzeczywistości. Niby prawda, bo coś takiego przecież się wydarzyło. W istocie to góralska prawda, bo świat przedstawiony jest tylko z tej jednej, jak najgorszej strony. Wszystko w myśl zaleceń marketingowych mądrali uznających, że nic tak nie ożywia czołówki, jak świeży trup. Takie podejście sprowadza dziennikarzy do roli autorów kronik kryminalnych, a przecież chyba nie o to chodzi.
Nie przyjmuję argumentu typu „ludzie chcą czytać o tragediach” czy „społeczeństwo ma prawo wiedzieć”, „społeczeństwo tego właśnie od nas żąda”. Kto kogo upoważnił do wypowiadania się w zastępstwie całego społeczeństwa? Jeżeli jakiś procent ogółu chce czytać tylko o potwornościach świata tego, jakim prawem media fundują gorzką pigułkę wszystkim? Patrząc z innej strony – co będzie, jeśli nasze społeczeństwo zdominują dewianci? Czy wtedy media w imię misji społecznej zaczną donosić o nowych szczegółach z zakresu seksu ze zwierzętami? Bo społeczeństwo tego od nas żąda?
Myślę, że tu powinien funkcjonować mechanizm odpowiedzialności wydawców (nie tylko dziennikarzy). To wydawca decyduje ostatecznie o kształcie gazety, radia, tv. I to na wydawcy spoczywa największy ciężar takiej odpowiedzialności społecznej. Myślenie nie tylko w kategoriach biznesu medialnego, własnej kariery. Sprzedaż Słowa czy Obrazu to nie to samo, co sprzedaż pietruszki na rynku. Do tej roli wielu wydawców nie dorosło. Niestety, nie myślę tu tylko o Fakcie.
Jeszcze parę słów na koniec, całkiem z innej beczki. Cieszę się, że w komentarzach zaczyna przeważać chęć dyskusji, wypowiedzenia swojego zdania w konkretnej sprawie. O to nam chodziło. Wasze komentarze stanowią integralną, bardzo ważną część tego bloga. Nie od dziś w końcu wiadomo, że zebrane w jednym miejscu poszczególne składniki wiedzy rozproszonej w sumie dają o wiele szerszy, bardziej prawdziwy obraz.
Dawid

Grudzień 11 2009

FAKTyczne wsparcie i wolontariat

Taggi : , , , , , , , , , , ,

Treść poniższego odcinka znowu napisało życie. A w zasadzie maile, które dostaliśmy na antyfakt@gmail.com. Fotoreporter z Wybrzeża pisze:

Jestem wolnym strzelcem. Nigdy nie starałem się o etat, wolę sam decydować o sobie. Z Faktem miałem niezbyt miłą historię. Zadzwonili z warszawki i poprosili o foty z wypadku. Nie miałem tego. Poprosili, abym koniecznie podjechał i zrobił, co się da. Była godz 21, ale co tam. Wiadomo, w takiej sytuacji każdy się rusza i grzeje w teren. Oczywiście pojechałem i zrobiłem całkiem niezły materiał. Wszystko, co chcieli. Foty rozbitych wraków, policjantów przy czarnym worku. Karetki. Wszystko dynamiczne i w faktowym stylu.

Warto wspomnieć, że musiałem jechać do wypadku prawie 100 km w jedną stronę. I co ja widzę następnego dnia w Fakcie? Malutką notkę o wypadku, z jednym agencyjnym zdjęciem! Oczywiście nie moim. Pomyślałem, że chcą zrobić większy materiał na jutro. Nic z tego! Moje zdjęcia nigdy nie ukazały się w Fakcie. Nikt nawet nie pomyślał, żeby zapłacić za moją robotę choć parę groszy. Krótka piłka – płacimy tylko za opublikowane zdjęcia. Czyli poświęciłem swój czas, benzynę na 200 km i to kompletnie za frajer!!! Nie powiedziałbym słowa, gdybym to ja chciał im wtrynić swoje gotowe klatki. To oni mnie wynajęli, a potem wypięli się i niby wszystko OK.?! Dla sprawiedliwości dodam, że Superak wyciął mi identyczny numer z inną historią. Tak nas robią w trąbę i każdemu to zwisa!!!

I kolejny mail o podobnej sprawie:
Z bauerowskiej redakcji kolorowego piśmidła kobitka poprosiła, żebym zrobiła dla nich historyjkę o biednej, ale uczciwej i pogodnej rodzince. Pojechałam. Istotnie, było o czym pisać. Samotna matka, czwórka dzieci na utrzymaniu, w tym jedno lekko sparaliżowane. Kobiecina miotała się między jednym szpitalem, a drugim. W tym czasie musiała dopilnować, aby reszta dzieci była zadbana i dobrze się uczyła, żeby dom był wysprzątany. Dla mnie ta kobieta miała w sobie jakąś nadludzką moc. Myślałam sobie, jak ona może sama jedna to wszystko ogarnąć??? A najdziwniejsze, że cały czas była pogodna i uśmiechnięta! Mówiła, że jej sąsiad to ma ciężko, bo mu teraz krowy chorują.

A inny to ma taki problem. A ona sama o sobie nic! Ani słowem się nie pożaliła! Na moje pytania machała tylko ręką i mówiła: jakoś to zawsze będzie, przecież Pan Bóg mi pomoże. Napisałam cały materiał i wraz z fotkami posłałam do redakcji. I tam zaczęli kręcić nosem na ten temat. Że niby po jaką cholerę ta baba tyle mówi o Bogu. Że może lepiej napisać, że ona jest taka pogodna, bo wspiera ją rodzina i ludzie z okolicy. Uparłam się, że nie będę wciskać jej słów, których nie powiedziała. I usłyszałam: no to bujaj się z tym tematem, nie puszczamy.

Niby dwie różne historie, dotyczące dwóch różnych tytułów. Łączą je jednak wspólne elementy. Lekceważenie dla pracy dziennikarzy i fotoreporterów, bezpośrednio zbierających materiały oraz przedmiotowe podejście do tematu reportażu. Nieważne, że ktoś poświęcił swój czas, zapłacił za benzynę, jechał własnym samochodem na miejsce zdarzenia. Zrobił swoje, to dobrze.

Mielibyśmy pretensje, gdyby tego nie zrobił. Nagle plany redakcyjne się zmieniają i już ten ktoś nam nie jest potrzebny. Nawet nie ma sensu z nim rozmawiać, bo przecież jego materiał już nie jest na topie. Niech sam pokrywa swoje koszty. Takie nasze zbójeckie prawo, on się nikomu i tak nie poskarży. A jak znowu będziemy potrzebować materiału z wypadku, to znowu do niego zadzwonimy.

Sam temat ma znaczenie drugorzędne. Musi pasować do przygotowanego mixu. Kolejny element układanki. Nie historia, opisująca żywych ludzi, ich prawdziwe emocje, myśli, działania. Jeden szczegół nam nie pasuje, materiał traci na znaczeniu. W to miejsce trafi inny artykuł, o treści pasującej wydawcy pod każdym względem.

Powie ktoś: takie są bezwzględne prawa rynku. Lepszy, bardziej newsowy materiał wypiera gorszy, przeterminowany. OK., ale te dwa materiały nie zostały wykonane z inicjatywy autorów. To redakcje poprosiły ich o wykonanie konkretnej pracy. W sensie prawnym podczas rozmowy telefonicznej redakcja zawarła z wykonawcą umowę cywilnoprawną. Nawet ustny charakter tej umowy nie zwalnia żadnej ze stron od skutków takiego porozumienia. Niezależnie od tego, czy dany materiał trafił ostatecznie do druku, autor powinien dostać honorarium.
Tak powinno być, kiedy umowę choćby ustną zawierają między sobą strony szanujące się nawzajem.

W przypadku relacji dziennikarz/fotoreporter i redakcja o takim szacunku najczęściej trudno mówić. Z punktu widzenia redakcji ten „ktoś” ma jechać i zrobić temat. Tego „ktosia” nawet nie musimy znać. On jest człowiekiem od czarnej roboty, a my wcale nie musimy jemu zapłacić. Niech się cieszy, że do nego zadzwoniliśmy i liczy na to, że w przyszłości będzie miał więcej szczęścia.

Czy tylko bulwarówki i pisma kobiece tak postępują? Absolutnie nie! Poważne tytuły stosują inne wybiegi – np. że już sama publikacja na łamach ich gazet czy czasopism to nobilitacja dla autora. Powinien się cieszyć i nie wspominać o czymś tak przyziemnym, jak kasa za zrobioną pracę.

W taki sposób szeregowi dziennikarze, fotoreporterzy sponsorują funkcjonowanie potężnych firm medialnych. Ponoszą koszty swojej działalności, dając możliwość przebierania w materiałach redakcyjnym szefom. Ci, mając możliwość wyboru kilku czy kilkunastu propozycji na jedną kolumnę, zyskują pełnię władzy. Tak koło się zamyka, a na tym układzie tracą tylko ci z dołu. Ci z dołu – Twórcy Słowa czy Obrazu.
Dawid

Grudzień 11 2009

FAKTyczne wsparcie i wolontariat

Treść poniższego odcinka znowu napisało życie. A w zasadzie maile, które dostaliśmy na antyfakt@gmail.com. Fotoreporter z Wybrzeża pisze:

Jestem wolnym strzelcem. Nigdy nie starałem się o etat, wolę sam decydować o sobie. Z Faktem miałem niezbyt miłą historię. Zadzwonili z warszawki i poprosili o foty z wypadku. Nie miałem tego. Poprosili, abym koniecznie podjechał i zrobił, co się da. Była godz 21, ale co tam. Wiadomo, w takiej sytuacji każdy się rusza i grzeje w teren. Oczywiście pojechałem i zrobiłem całkiem niezły materiał. Wszystko, co chcieli. Foty rozbitych wraków, policjantów przy czarnym worku. Karetki. Wszystko dynamiczne i w faktowym stylu.

Warto wspomnieć, że musiałem jechać do wypadku prawie 100 km w jedną stronę. I co ja widzę następnego dnia w Fakcie? Malutką notkę o wypadku, z jednym agencyjnym zdjęciem! Oczywiście nie moim. Pomyślałem, że chcą zrobić większy materiał na jutro. Nic z tego! Moje zdjęcia nigdy nie ukazały się w Fakcie. Nikt nawet nie pomyślał, żeby zapłacić za moją robotę choć parę groszy. Krótka piłka – płacimy tylko za opublikowane zdjęcia. Czyli poświęciłem swój czas, benzynę na 200 km i to kompletnie za frajer!!! Nie powiedziałbym słowa, gdybym to ja chciał im wtrynić swoje gotowe klatki. To oni mnie wynajęli, a potem wypięli się i niby wszystko OK.?! Dla sprawiedliwości dodam, że Superak wyciął mi identyczny numer z inną historią. Tak nas robią w trąbę i każdemu to zwisa!!!

I kolejny mail o podobnej sprawie:
Z bauerowskiej redakcji kolorowego piśmidła kobitka poprosiła, żebym zrobiła dla nich historyjkę o biednej, ale uczciwej i pogodnej rodzince. Pojechałam. Istotnie, było o czym pisać. Samotna matka, czwórka dzieci na utrzymaniu, w tym jedno lekko sparaliżowane. Kobiecina miotała się między jednym szpitalem, a drugim. W tym czasie musiała dopilnować, aby reszta dzieci była zadbana i dobrze się uczyła, żeby dom był wysprzątany. Dla mnie ta kobieta miała w sobie jakąś nadludzką moc. Myślałam sobie, jak ona może sama jedna to wszystko ogarnąć??? A najdziwniejsze, że cały czas była pogodna i uśmiechnięta! Mówiła, że jej sąsiad to ma ciężko, bo mu teraz krowy chorują.

A inny to ma taki problem. A ona sama o sobie nic! Ani słowem się nie pożaliła! Na moje pytania machała tylko ręką i mówiła: jakoś to zawsze będzie, przecież Pan Bóg mi pomoże. Napisałam cały materiał i wraz z fotkami posłałam do redakcji. I tam zaczęli kręcić nosem na ten temat. Że niby po jaką cholerę ta baba tyle mówi o Bogu. Że może lepiej napisać, że ona jest taka pogodna, bo wspiera ją rodzina i ludzie z okolicy. Uparłam się, że nie będę wciskać jej słów, których nie powiedziała. I usłyszałam: no to bujaj się z tym tematem, nie puszczamy.

Niby dwie różne historie, dotyczące dwóch różnych tytułów. Łączą je jednak wspólne elementy. Lekceważenie dla pracy dziennikarzy i fotoreporterów, bezpośrednio zbierających materiały oraz przedmiotowe podejście do tematu reportażu. Nieważne, że ktoś poświęcił swój czas, zapłacił za benzynę, jechał własnym samochodem na miejsce zdarzenia. Zrobił swoje, to dobrze.

Mielibyśmy pretensje, gdyby tego nie zrobił. Nagle plany redakcyjne się zmieniają i już ten ktoś nam nie jest potrzebny. Nawet nie ma sensu z nim rozmawiać, bo przecież jego materiał już nie jest na topie. Niech sam pokrywa swoje koszty. Takie nasze zbójeckie prawo, on się nikomu i tak nie poskarży. A jak znowu będziemy potrzebować materiału z wypadku, to znowu do niego zadzwonimy.

Sam temat ma znaczenie drugorzędne. Musi pasować do przygotowanego mixu. Kolejny element układanki. Nie historia, opisująca żywych ludzi, ich prawdziwe emocje, myśli, działania. Jeden szczegół nam nie pasuje, materiał traci na znaczeniu. W to miejsce trafi inny artykuł, o treści pasującej wydawcy pod każdym względem.

Powie ktoś: takie są bezwzględne prawa rynku. Lepszy, bardziej newsowy materiał wypiera gorszy, przeterminowany. OK., ale te dwa materiały nie zostały wykonane z inicjatywy autorów. To redakcje poprosiły ich o wykonanie konkretnej pracy. W sensie prawnym podczas rozmowy telefonicznej redakcja zawarła z wykonawcą umowę cywilnoprawną. Nawet ustny charakter tej umowy nie zwalnia żadnej ze stron od skutków takiego porozumienia. Niezależnie od tego, czy dany materiał trafił ostatecznie do druku, autor powinien dostać honorarium.
Tak powinno być, kiedy umowę choćby ustną zawierają między sobą strony szanujące się nawzajem.

W przypadku relacji dziennikarz/fotoreporter i redakcja o takim szacunku najczęściej trudno mówić. Z punktu widzenia redakcji ten „ktoś” ma jechać i zrobić temat. Tego „ktosia” nawet nie musimy znać. On jest człowiekiem od czarnej roboty, a my wcale nie musimy jemu zapłacić. Niech się cieszy, że do nego zadzwoniliśmy i liczy na to, że w przyszłości będzie miał więcej szczęścia.

Czy tylko bulwarówki i pisma kobiece tak postępują? Absolutnie nie! Poważne tytuły stosują inne wybiegi – np. że już sama publikacja na łamach ich gazet czy czasopism to nobilitacja dla autora. Powinien się cieszyć i nie wspominać o czymś tak przyziemnym, jak kasa za zrobioną pracę.

W taki sposób szeregowi dziennikarze, fotoreporterzy sponsorują funkcjonowanie potężnych firm medialnych. Ponoszą koszty swojej działalności, dając możliwość przebierania w materiałach redakcyjnym szefom. Ci, mając możliwość wyboru kilku czy kilkunastu propozycji na jedną kolumnę, zyskują pełnię władzy. Tak koło się zamyka, a na tym układzie tracą tylko ci z dołu. Ci z dołu – Twórcy Słowa czy Obrazu.
Dawid

Grudzień 08 2009

Cenzura kołem się toczy

Przed 1989 rokiem chyba nikt w Polsce nie przypuszczał, że kiedykolwiek dojdzie do sytuacji cenzurowania przez… wolne media. Nikt takiego scenariusza nie mógł wymyśleć, był zbyt irracjonalny. Dziś mamy przykład filmu Pawła Znyka, który została przyblokowany przez TVN. Pretekstem do cenzorskiej ingerencji stało się naruszenie praw autorskich TVN przez twórcę filmu. Oglądałem ten film. Wbrew pozorom nie jest to zwykła, prosta kopia TVNowskiego programu „Teraz My”. Film jest raczej próbą obnażenia pewnych mechanizmów manipulacji. Pokazuje niedopowiedzenia, tanie chwyty stosowane przez prowadzących. Jest zatem odpowiedzią P. Znyka na sam program. Wyrazem niezgody na medialną rzeczywistość. Reasumując – jest przykładem prawnie chronionej krytyki prasowej.

Odpowiednikiem takiego filmu w odniesieniu np. do teatru byłby zapewne zjadliwy komentarz krytyka sztuki. Czy potrafimy sobie wyobrazić sytuację, że dyrektor teatru zdejmuje z łamów prasy, z internetowego bloga, ze strony taki krytyczny wobec wystawianej sztuki materiał? Zdejmuje. Mówiąc o naruszeniu praw autorskich i nielegalnych treściach. Już sama próba takiego działania spotkałaby się z ogólnym buntem na medialnym pokładzie. W ruch poszłyby sztandarowe „prawo do informacji”, „prawo do krytyki prasowej” czy inne dobrodziejstwa, wynikające z Konstytucji. W przypadku filmu Znyka zalega cisza. Dlaczego?

Nawet w krótkiej historii tego bloga mogliśmy zaobserwować podobne ingerencje. Przypomnijmy – w opublikowanym jeszcze na Interii odcinku zamieściliśmy fotki pana i pani na schodach. On rozwalony, jak basza. Ona na nim okrakiem. Oboje byli ubrani, mieli przepaski na oczach. Wystarczyło zdanie, że są to redakcyjne VIPy Faktu, przyłapane przez paparazzi w niedwuznacznej sytuacji, aby Interia zdjęła cały odcinek na żądanie prawników Faktu. W kolejnym odcinku wytłumaczyliśmy całą historię. Zwróciliśmy uwagę na to, że fotki nie mogły być zrobione z ukrycia, ponieważ ich bohaterowie zostali obzdjęciowani z użyciem flesza, z różnych miejsc.

Po dokładniejszym obejrzeniu widać, że ani ona, ani tym bardziej on wcale nie wygląda na targanego miłosnym uniesieniem. Nie widać objawów paniki u przyłapanych rzekomo kochanków. Kolejna publikacja tych mało istotnych fotek – i znowu ingterencja cenzorska Interii. Dlaczego?
Myślę, że media poszły o krok za daleko. Przypisaną im służebną rolę informacyjną przekuły na pozycję kreowania rzeczywistości. Stały się już nawet nie czwartą władzą – stały się władzą absolutną. A ta, jak wiadomo, krytyki nie znosi i tłamsi ją w zarodku. Pozwolę sobie wrócić tutaj do komentarza, który pojawił się na moim blogu.

Ktoś podpisujący się jako Grzegorz Jankowski (identycznie nazywa się red. Nacz. Faktu) napisał:
Grzegorz Jankowski (gość) środa, 25 listopad 2009, 11:34
Wiecie, że wszyscy jesteście maksymalnie popieprzeni?! Gnoje jedne. Człowiek stara się coś zrobić, gdy banda dzieciaków nudzących się przed komputerami chce to rozpieprzyć. Czemu akurat na mnie się uwzięliście? Co takiego zawiniła wam ta gazeta??!? Jestem bardzo ciekaw czy tak ładnie będziecie śpiewali w sądzie. Mam już wasze namiary i wszyscy razem sitwo odpowiecie za swoje bazgroły. Nie tylko tchórzliwego Dawidka pociągnę do odpowiedzialności. Was skubańcy też. Zaspokoję waszą chciwą ciekawość… do zdobycia namiarów mamy swoje wypróbowane metody. Zawsze działają.

To co robicie jest karygodne!!!! Media sobie jeszcze w tym kraju wzajemnie pomagają by tępić takich smarkaczy jakimi bez wątpliwości jesteście! To nie czasy, kiedy każdy może napisać co mu do łba strzeli. To co tutaj się wyprawia przechodzi wszelkie granice.

Banda smarkaczy! Jakiś opryszek Dawidek i jego kolesie boją się nawet choć raz użyć prawdziwego imienia i nazwiska. To już powinno dawać do myślenia. Ludzie honoru nie ukrywają swojej twarzy. Wszyscy jesteście warci swojego chorego, zakłamanego i podstępnego planu.

Na koniec apeluję do wszystkich po raz ostatni… nie piszcie tutaj! Chcecie mieć problemy? Ucieczka na inny serwer nic nie da!!!!
Znając styl działania w Fakcie i biorąc pod uwagę brak dementi można z olbrzymim prawdopodobieństwem stwierdzić, że to faktycznie (nomen omen) sam Naczelny przemówił w komentarzu. A to jest przerażające. Nie z powodu rzucanych pogróżek. Nie napisałem na blogu nic, co biłoby w Fakt jako firmę. Wytykając błędy w zasadzie działałem na korzyść Faktu. Przecież błędy można zawsze naprawić (a przynajmniej starac się to zrobić).

Ten komentarz przeraża poczuciem własnej wyższości nad innymi. „To wyłącznie ja dzierżę władzę nad umysłami i nikomu nie powolę na słowo krytyki! Koledzy z innych mediów mi w tym pomogą!” zdaje się krzyczeć autor tego komentarza. Medialna władza absolutna, ot co. Cała reszta to banda smarkaczy, która z nudów zajmuje się knowaniem i „rozpieprzaniem”. Każda krytyka spotka się z represjami – cenzurą prewencyjną, rozprawą sądową itd. Kiedyś krytycy ustroju byli „warchołami”, „zdrajcami narodu na żołdzie obcych wywiadów”, „wywrotowcami” itd. Dziś są znudzonymi smarkaczami, którzy przeszkadzają w odbiorze lukrowanego matrixa, przygotowanego dla głupiego targetu.

To poczucie niepowtarzalności i wyjątkowości spływa na sam dół. Spójrzmy na poprzedni odcinek bloga, gdzie dziennikarka telewizyjna opisuje wizytę innego dziennikarza w warszawskim Pogotowiu Opiekuńczym. Po wyjściu tego reportera (w zasadzie nazywać go tak to obraza dla przedstawicieli zawodu) dyrektorka była zdruzgotana. Walec potęgi medialnej przejechał po niej bez słowa tłumaczenia. Dziennikarz już nie tylko opisywał rzeczywistość. On dał sobie prawo do zniszczenia innego człowieka (władza ustawodawcza). Osądził surowo dyrektorkę pogotowia, nie pozwalając jej nawet na obronę (władza sądownicza). I wydany arbitralnie wyrok zapewne wykonał, publikując zebrany w ten sposób materiał. Całość władzy w jednym ręku – oto do czego doszło po okresie walki o wolne media! Nic dziwnego, że teraz władcy absolutni sięgają po przynależne im dobrodziejstwa – w tym po sprawdzone mechanizmy cenzury. Jeżeli nie powiemy stop, czeka nas dalsze brnięcie we współczesny orwellowski matrix. A to mało przyjemna perspektywa.
Dawid

dziennik fakt

Walka Dawida z Goliatem...

Utwór prześmiewczo-dożynkowy

Historia pewnej prowokacji...

dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt dziennik fakt

Cały tekst możecie przeczytać: w tym wpisie

Muzyczna wersja Historii pewnej prowokacji: TUTAJ
Zagraj sam Historię pewnej prowokacji - słowa i chwyty gitarowe TUTAJ

PADALEC ROKU – czyli oszukali przy honorarium

Ranking oszustów medialnych – szczegóły: TUTAJ